W mieszkaniu byli goście. Goście pojawiali się tam niemal codziennie.
Wszyscy piją, piją, pełno butelek, a jedzenia jak nie było, tak nie ma. Chociażby kawałek chleba ale na stole tylko niedopałki i pusta puszka po śledziu w pomidorach Pawełek jeszcze raz przyjrzał się uważnie, czy nie ma czegoś do jedzenia.
Dobrze, mamo, idę powiedział i zaczął powoli naciągać swoje podarte, za duże buty.
W duchu wciąż łudził się, że matka go zatrzyma, powie,
Dokąd chcesz pójść, synku, nie najadłszy się, jeszcze na dworze zimno. Zostań w domu. Zaraz ugotuję ci kaszę, wyproszę tych gości i posprzątam podłogę.
Paweł zawsze czekał na ciepłe słowo od mamy, ale ona nie lubiła takich słów. Jej słowa przypominały kolce, od których chciało mu się skulić i schować.
Tym razem postanowił, że odchodzi już na zawsze. Miał lat sześć i czuł się dorosły. Najpierw zaplanował, że zarobi trochę pieniędzy i kupi drożdżówkę, może nawet dwie, bo burczało mu w brzuchu.
Jak zarabiają pieniądze, Pawełek nie wiedział, ale mijając kiosk z gazetami, zauważył wystającą ze śniegu pustą butelkę, schował ją do kieszeni, potem znalazł czyjąś reklamówkę i pół dnia zbierał jeszcze więcej butelek.
Butelek już miał cały worek, dźwięczały przy każdym kroku. Paweł wyobrażał sobie już miękką, pachnącą drożdżówkę z makiem albo rodzynkami, może nawet z lukrem, lecz uznał, że na lukier jednak mu nie starczy butelek, więc postanowił jeszcze trochę poszukać.
Zbliżył się do peronu kolei podmiejskiej, gdzie mężczyźni w oczekiwaniu na pociągi piją piwo. Pawełek postawił ciężką torbę przy kiosku i pobiegł po właśnie porzuconą butelkę. Gdy wrócił, stał tam jakiś podejrzany, brudny facet. Zabrał mu butelki, spojrzał groźnie, że Pawełek przestraszony musiał się odwrócić i odejść.
Wizja drożdżówki ulotniła się niczym dym.
Zbieranie butelek to też ciężka praca pomyślał i znów poszedł przed siebie przez zasypane śniegiem ulice.
Śnieg był mokry, ciężki i kleił się do nóg, które już całkiem przemokły i zamarzły. W końcu zapadła ciemność. Chłopiec nawet nie pamiętał, jak trafił do jakiejś klatki schodowej, przewrócił się na pierwszym piętrze, podczołgał się do kaloryfera i pogrążył w ciepłym śnie.
Kiedy się obudził, był przekonany, że śni dalej, bo było mu ciepło, spokojnie i przytulnie, a powietrze pachniało czymś wspaniałym, apetycznym!
Wtedy do pokoju weszła kobieta z wyjątkowo czułym uśmiechem.
No, chłopczyku zagadnęła delikatnie rozgrzałeś się? Wyspałeś? Chodź na śniadanie. Nocą idę klatką, a ty, jak mały kundelek, śpisz w kącie. Zabrałam cię do siebie.
To teraz mój dom? zapytał niepewnie, nie dowierzając swojemu szczęściu.
Jeśli nie masz domu, to będzie twój odpowiedziała kobieta.
Dalej zaczęła się prawdziwa baśń. Nieznajoma pani karmiła go, troszczyła się, kupiła nową kurtkę. Powoli Pawełek opowiadał jej o swoim życiu z mamą.
Ta dobra kobieta nosiła imię równie niezwykłe Gryzelda. W rzeczywistości to zwyczajne polskie imię, ale Pawełek słyszał je po raz pierwszy i wyobrażał sobie, że tylko dobra wróżka może tak się nazywać.
Chciałbyś, żebym została twoją mamą? zapytała, przytulając go mocno, jak czynią to prawdziwe matki, których miłość jest bezmierna.
Oczywiście chciał, ale szczęście nie trwało długo. Po tygodniu przyszła po niego mama.
Była niemal trzeźwa i krzyczała na kobietę, która zaopiekowała się Pawłem:
Ja jeszcze nie straciłam praw rodzicielskich, mam do niego prawo!
Odprowadzała Pawła na śniegu, na tle którego dom, gdzie mieszkała dobra pani, jawił mu się jak biały pałac.
Dalsze życie było już tylko szare. Matka piła, Paweł uciekał, nocował na Dworcu Głównym w Warszawie, zbierał butelki i za parę złotych kupował chleb. Nie zawierał znajomości, niczego nie żebrał.
W końcu sąd odebrał matce prawa rodzicielskie, a jego wysłano do domu dziecka.
Najsmutniejsze było dla Pawła to, że nie potrafił odnaleźć domu, co wyglądał jak biały pałac, gdzie mieszka dobra kobieta o imieniu jak z bajki.
Minęły trzy lata.
Paweł mieszkał w domu dziecka. Był cichy, zamknięty w sobie. Najbardziej lubił zaszyć się sam w kącie i rysować wciąż tę samą scenę: biały dom i wirujące płatki śniegu.
Pewnego dnia w domu dziecka pojawiła się dziennikarka. Opiekunka oprowadzała ją po pokojach, przedstawiła Pawła.
Paweł to dobry i ciekawy chłopiec, ale trudno mu się odnaleźć w grupie. Pracujemy nad tym, by znalazł rodzinę tłumaczyła pani opiekunka.
Cześć, jestem Gryzelda przedstawiła się dziennikarka.
Chłopiec natychmiast ożył, rozjaśniły mu się oczy. Zaczął z pasją opowiadać o innej dobrej pani Gryzeldzie, tej, z którą spędził tydzień. Jego dusza topniała z każdym słowem, policzki mu poczerwieniały. Opiekunka z zaciekawieniem przyglądała się zmianie, jaka się nim zaszła.
Imię Gryzelda stało się dla Pawła złotym kluczem do serca.
Dziennikarka nie powstrzymała łez, słuchając opowieści Pawła. Obiecała napisać o nim w gazecie; może dobra kobieta przeczyta, rozpozna chłopca i zgłosi się po niego.
Dotrzymała słowa. I wydarzył się cud.
Ta kobieta nie prenumerowała gazet, ale w dniu swoich urodzin dostała od kolegów kwiaty, zawinięte ze względu na zimno w gazetę. W domu, rozkładając bukiet, natknęła się na tytuł małego artykułu: Dobra pani Gryzeldo, szuka cię chłopiec Paweł. Odezwij się!.
Przeczytała i zrozumiała, że to jej czekał tamten mały chłopiec.
Paweł rozpoznał ją od razu. Rzucił się do niej. Uściskali się mocno. Wszyscy, Paweł, Gryzelda i opiekunowie, płakali ze wzruszenia.
Tak bardzo na ciebie czekałem powiedział.
Trudno go było przekonać, by puścił panią Gryzeldę do domu. Nie mogła zabrać go od razu czekała ich procedura adopcyjna ale każdego dnia obiecywała przychodzić z wizytą.
P.S.
Dalej życie Pawła toczyło się już szczęśliwie. Teraz ma 26 lat. Ukończył Politechnikę Warszawską, zamierza się ożenić z wspaniałą dziewczyną. Jest pogodny, towarzyski i bardzo kocha swoją mamę Gryzeldę, której zawdzięcza wszystko.
Dopiero jako dorosły dowiedział się od niej, że jej mąż odszedł, bo nie mogli mieć dzieci. Czuła się samotna i niepotrzebna. Właśnie wtedy znalazła Pawła na klatce schodowej, ogrzała go swoim sercem.
Po tym, jak jego zabrała matka, pani Gryzelda myślała ze smutkiem: Widocznie nie było mi dane Była bezbrzeżnie szczęśliwa, gdy znów go odnalazła w domu dziecka.
Paweł próbował ustalić losy swojej biologicznej matki. Dowiedział się, że wynajmowali mieszkanie w Warszawie, a matka przed laty wyjechała nie wiadomo dokąd z jakimś mężczyzną, który właśnie wyszedł z więzienia. Dalej nie szukał. Po coCzasami, gdy zapada zimowy zmierzch, Paweł stoi przy oknie swojego mieszkania i patrzy na tańczący śnieg. W myślach wraca do tamtej nocy, kiedy zmarznięty, zgubiony i głodny, odnalazł promyk ciepła. Już wie, że nawet najbardziej samotny człowiek może spotkać kogoś, kto odmieni jego los czasem przypadkiem, czasem przez szczęśliwy zbieg okoliczności, a czasem dzięki artykułowi zawiniętemu wokół bukietu kwiatów.
Pani Gryzelda, choć starsza i delikatniejsza, wciąż przytula Pawła dokładnie tak samo jak wtedy, gdy był dzieckiem. Ich rodzinne opowieści przeplatają się śmiechem, wspomnieniami i zapachem świeżo pieczonych drożdżówek zawsze podwójnych, bo jedno nigdy nie wystarcza. Nad stołem unosi się ciepło, troska i coś, czego Paweł nie potrafił kiedyś nazwać: dom.
Czasem Paweł myśli, ile miał szczęścia, że w lodowatym świecie znalazł czułe ramiona. Wie, że miłość potrafi roztopić nawet najbardziej skute lodem serce. I już nie boi się zimy, bo wie, że wśród śniegu i ciemności zawsze można odnaleźć czyjeś światło.
Na dnie szuflady trzyma starą, szarą reklamówkę pamiątkę z tamtych dni. Gryzelda uśmiecha się na ten widok. Dobrze, że nie wyrzuciłeś, mówi czasem cicho. Przypomina nam, skąd tu przyszliśmy i jak łatwo przez przypadek kogoś uratować.
A za oknem pada śnieg, zasłaniając dawne ślady, ale Paweł już nigdy nie zgubi drogi do domu.




