Nazywam się Robert Wach i przez jedenaście lat pracowałem jako starszy opiekun w wybiegu małp człekokształtnych w ogrodzie zoologicznym we Wrocławiu. Piszę to, bo ludzie wciąż pytają mnie o Bruna – tak nazywał się nasz samiec orangutana, który zrobił z nas wszystkich, opiekunów, głupców, i to trzy razy z rzędu.
Zacznę od tego, że nie miałem z Brunem żadnego problemu osobistego. Nie zapamiętałem go jako wroga. Zapamiętałem go jako kogoś, kto codziennie rano siadał przy siatce i patrzył, jak nalewam kawę z termosu, jakby czekał, aż mu zaproponuję łyk. Nigdy nie zaproponowałem – regulamin zabraniał, no i kofeina małpom szkodzi. Może właśnie dlatego postanowił robić wszystko po swojemu.
Pierwszy raz uciekł w piątek, dwudziestego trzeciego maja, kiedy akurat mieliśmy remont w sekcji ptaków drapieżnych i pół ekipy kręciło się gdzie indziej. Rano zastałem pusty wybieg i skrzynkę z narzędziami przesuniętą pod murem o dobre pół metra. Bruno chodził sobie po alejce koło pawilonu słoni, oglądając zwiedzających z takim spokojem, jakby to on tu pracował, a nie ja. Złapaliśmy go bez problemu – podszedł sam, kiedy zobaczył wózek z owocami.
Dyrekcja kazała nam podnieść mur o metr i zamontować dodatkową barierkę elektryczną, koszt: dwadzieścia dwa tysiące złotych z budżetu na cały rok. Pamiętam, jak główny inspektor, pani Danuta Sroka, stała przy wybiegu z rękami skrzyżowanymi i mówiła, że jeśli jeszcze raz to się powtórzy, to ktoś straci pracę. Patrzyła przy tym na mnie, chociaż to nie ja projektowałem ten wybieg piętnaście lat wcześniej.
Drugi raz Bruno uciekł dokładnie trzy tygodnie później, w czwartek. Tym razem kazano nam przebrać dwóch pracowników za zwykłych turystów i chodzić po zoo, udając, że robią zdjęcia, a tak naprawdę mieli obserwować, którędy on wychodzi. Ja byłem jednym z tych „turystów”. Stałem przy budce z goframi w czapce z daszkiem, którą pożyczyłem od syna, i czułem się jak idiota, bo Bruno – przysięgam – spojrzał w moim kierunku, jakby wiedział dokładnie, kim jestem, po czym poszedł w zupełnie inną stronę wybiegu, żeby wyjść tam, gdzie akurat nikogo nie ustawiliśmy.
Tego dnia wyrządził coś, czego nikt mu nie zapomniał: dotarł do wybiegu Alberta.
Muszę tu wyjaśnić sprawę Alberta, bo bez tego nic się nie zrozumie. Albert był drugim samcem orangutana, przywiezionym do nas z Gdańska cztery lata wcześniej. Od pierwszego dnia Bruno traktował go jak intruza na swoim terenie – warczał na niego przez siatkę, rzucał w jego stronę korę i kamyki, ilekroć trafiła się okazja. My, opiekunowie, uważaliśmy to za zwykłą rywalizację samców, coś, co się zdarza. Ale kiedy Bruno uciekł po raz drugi, poszedł prosto pod wybieg Alberta i zaczął ciskać w niego odłamkami betonu, które sam wyskubał z murku przy fosie. Musiałem wtedy biec z wężem strażackim, żeby go odgonić, bo Albert schował się w kącie i piszczał tak, że słyszała go cała aleja główna.
Po tym zdarzeniu dyrekcja zrobiła zebranie nadzwyczajne. Powiedziano nam wprost: trzeci ucieczka i zamykamy sekcję małp człekokształtnych dla zwiedzających na miesiąc, co oznaczało stratę – według wyliczeń działu finansowego – około stu osiemdziesięciu tysięcy złotych z biletów i gastronomii. Sprowadzono nawet specjalistę od wspinaczki, niejakiego Marka Bilskiego z klubu alpinistycznego, żeby obszedł cały wybieg centymetr po centymetrze i znalazł te niewidoczne uchwyty w betonie, których Bruno używał do wspinaczki. Bilski spędził u nas trzy dni, ścierał, szlifował, sprawdzał każdą szczelinę latarką.
Ja przez ten czas praktycznie nie spałem w domu. Żona, Ela, mówiła mi, że zamiast martwić się o małpę, powinienem się bać o własną posadę – i miała rację, bo dwóch kolegów z ochrony rzeczywiście dostało wtedy wypowiedzenia. Nie za Bruna bezpośrednio, ale „w ramach reorganizacji”, jak to ładnie nazwano w papierach. Widziałem, jak pakują swoje rzeczy z szatni, i czułem, że to mogłem być ja.
Trzecia ucieczka zdarzyła się w sierpniu, w środku wakacji, kiedy zoo było pełne rodzin z dziećmi. Bruno wyszedł nie przez mur, tylko wykorzystał rusztowanie, które robotnicy zostawili przy remoncie sąsiedniego pawilonu z gadami – proste jak drut, a nikt z nas na to nie wpadł. Poszedł tą samą trasą co zawsze: obok fok, obok żyraf, zatrzymał się przy stoisku z lodami, jakby się zastanawiał, czy warto podejść. Potem skierował się w stronę Alberta.
Tym razem byłem tam ja, sam, bez węża strażackiego, bo alarm zadziałał z opóźnieniem. Stanąłem między siatką a Brunem z pustymi rękami, mówiąc do niego – nie wiem czemu, chyba z desperacji – żeby dał sobie spokój, że to nie jego wina, że po prostu urodził się w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie razem z Albertem. Bruno patrzył na mnie chwilę, trzymając w dłoni kawałek gruzu, i odłożył go. Nie rzucił. Po prostu usiadł na trawie i zaczął obierać sobie coś, co znalazł w kieszeni kombinezonu robotnika – chyba kanapkę.
Tego samego wieczoru w mediach lokalnych pojawiły się zdjęcia Bruna siedzącego na alejce wśród zwiedzających, a nazajutrz na Facebooku ktoś założył profil „Wolność dla Bruna”, na który w tydzień zapisało się dwanaście tysięcy osób. Studenci z pobliskiej politechniki drukowali koszulki z jego pyskiem i napisem „Uciekł, bo miał rację”. Sprzedawali je po czterdzieści złotych sztuka przy bramie głównej, dopóki ochrona zoo im tego nie zabroniła.
Dyrekcja postawiła sprawę jasno: albo rozdzielamy Bruna i Alberta na stałe, przenosząc jednego do innego ogrodu, albo katastrofa się powtórzy, a wtedy już nikt nie uratuje sekcji przed zamknięciem. Pani Sroka zadzwoniła do ogrodu zoologicznego w Poznaniu i uzgodniła transfer Alberta w ciągu dwóch tygodni – transport kosztował jedenaście tysięcy złotych, opłacony w połowie przez poznańskie zoo, w połowie przez nas.
W dniu, kiedy przyjechała ciężarówka z klatką transportową, stałem przy rampie i patrzyłem, jak Albert wchodzi do środka spokojnie, bez oporu, jakby czuł ulgę. Bruno siedział w tym czasie po drugiej stronie wybiegu, odwrócony plecami, i nie patrzył ani razu w stronę rampy. Kiedy ciężarówka odjechała, podszedł do siatki dokładnie w miejscu, gdzie zawsze wychodził na wolność, oparł dłoń o metal i został tak przez dłuższą chwilę.
Nowy mur, ten po trzeciej ucieczce, kosztował już trzydzieści pięć tysięcy złotych i do dziś nikt go nie sforsował. Ja zostałem w pracy – nie zwolniono mnie, chociaż spodziewałem się tego każdego dnia przez dwa miesiące. Dostałem za to premię za „opanowanie sytuacji kryzysowej”, tysiąc dwieście złotych netto, które w całości oddałem synowi na nowy rower, bo stary ukradziono mu spod bloku.
Do dziś, kiedy przychodzę rano z termosem kawy, Bruno siedzi przy siatce dokładnie w tym samym miejscu co pierwszego dnia, jakby czekał na łyk, którego nigdy mu nie podam. Nie próbuje już uciekać. Nie musi – Albert jest sto siedemdziesiąt kilometrów stąd, a on ma cały wybieg wyłącznie dla siebie.







