Haniu, wychodzę zachrypniętym, jakby obcym głosem powiedział Wiktor.
Do garażu idziesz? rzuciła Hania, nawet nie patrząc na męża, tylko skrobiąc ziemniaka.
Nie. Haniu, odchodzę od ciebie. Do innej kobiety…
Nieobrana ziemniaczka wyślizgnęła się z jej dłoni i stoczyła się pod stół, radośnie podskakując. Hania przez moment wpatrywała się w uciekinierkę, próbując przełknąć to, co właśnie usłyszała, aż nagle odwróciła się gwałtownie i spojrzała prosto w jego twarz. Dopiero wtedy dotarł do niej sens słów. Ktoś patrząc z boku mógłby pomyśleć, że jest spokojna jak skała nieporuszona w środku wzburzonego morza. A tak naprawdę w jej wnętrzu rozpętała się lawina. Lawina uczuć, które runęły, grzebiąc wszystko miłość, radość i niespełnione nadzieje…
Kim jest ta kobieta? zapytała, zaciskając zęby, żeby nie wrzasnąć, nie rzucić się na niego z pięściami.
Nie znasz jej, Haniu. Ale ona no wiesz… My wszystko mamy naprawdę, rozumiesz. Ona rozumie mnie w pół słowa, mamy tyle wspólnego, naprawdę tyle! Wiktor mówił zachwycony, a Hania w myślach dźgała go obieraczką do warzyw, z lekką satysfakcją rozkoszując się tym widokiem…
No, to najwyraźniej znalazłeś swoje szczęście, gratuluję rzuciła, wkładając ręce pod kran razem z obieraczką. Ja nie muszę znać szczegółów. Możesz iść. Nie zapraszam na kolację, ktoś pewnie już czeka niecierpliwie…
Wiktor zaszlochał czy ze szczęścia, czy z pewnego rodzaju uniesienia i poszedł pakować rzeczy do sypialni. A Hania, żeby nie runąć na podłogę, chwyciła się zlewu, patrząc na zbielałe kłykcie palców. Marzyła tylko o dwóch rzeczach żeby nie przewrócić się i żeby on szybko wyszedł…
No to… idę wyszeptał, cofając się do drzwi jak pies zbity. Odwróciła się. Twarz miała spokojną, niemal pogodzoną. On był wyraźnie zaskoczony zapewne spodziewał się łez, krzyku lub żalów, a spotkał tylko chłód obojętności. Pokręcił głową i wyszedł z kuchni.
Hania poczekała, aż drzwi wejściowe trzasnęły i bezsilnie opadła na podłogę. Zacisnęła zęby na dłoni, by nie rozedrzeć ciszy krzykiem. Zawyła, jak ranne, opuszczone zwierzę, które straciło wszystko… Po blisko trzech godzinach, opuchnięta i zachrypnięta od płaczu, doczołgała się do łóżka nie rozbierając się nawet. Wszystko jej zbladło, świat wypłowiał…
Ocknęła się w środku nocy, w powietrzu rozlała się nostalgia pełna goryczy. Przypominała sobie, jak się poznali. Ona, młoda i naiwna dziewczyna z małej miejscowości na Mazurach, przyjechała tu do pracy z nakazu i już w pierwszy weekend poszła z koleżankami na zabawę. Tam go spotkała po raz pierwszy. Był z paczką chłopaków, co pilnowali porządku w parku.
Wysoki, szeroki w barach, uśmiechnięty. Wiktor wyróżniał się spośród innych chłopaków męskością i postawą. Hania spojrzała raz i wiedziała, że przepadła. On patrzył na nią trochę z góry, trochę prześmiewczo. Też mu się spodobała ta szczupła dziewczyna o wielkich oczach, bo sam zaoferował się, by ją odprowadzić. Od tego dnia byli nierozłączni…
Spotykali się niemal codziennie. Po trzech miesiącach poszli do urzędu złożyć wniosek o ślub. Latem była huczna, gwarna, młodzieżowa zabawa weselna. Najpierw pomieszkiwali w akademiku. Kiedy Hania urodziła syna, dostali wymarzone dwa pokoje w blokowisku. Wydawało się, że niczego im nie brakuje i żadna miłość ich nie przebije. Bez słów rozumieli się po oczach, ustach, nawet po ruchu pleców. I co najdziwniejsze nigdy się nie kłócili. Naprawdę! Byli jak dwa puzzle, jak plus i minus, jak yin i yang…
Tydzień temu minęło trzydzieści sześć lat wspólnego życia. Najstraszniejsze, że trzydziesty siódmy rok już raczej nie nadejdzie… Myśląc o tym Hania znowu zapłakała, tym razem po cichu, jakby opłakiwała pogrzeb swojego szczęścia i miłości.
Poranek był szary i zamglony, jak jej nastrój. Ale dom duży, gospodarstwo czeka nie wie, nie poczeka. Wypiła herbatę z cukrem, więcej nie zmieściła. Zabrała się do roboty: sprzątnęła, nakarmiła kury, wypuściła kozę do zagrody, umyła podłogi i pozmywała talerze z poprzedniego dnia. Działała z takim zacięciem, jakby chciała wymknąć się smutnym myślom. Ale trzeba było powiedzieć o tym dzieciom synowi Bartkowi i córce Zofii. Zebrała się dopiero do obiadu.
Mamo, on zwariował? Jak to znalazł inną kobietę? Jaką inną?! To chyba żarty… Chcesz, żebyśmy przyjechali? martwiła się Zosia.
Nie, Zosiu. Nie musicie przyjeżdżać. Zwłaszcza ty masz termin lada dzień, niepotrzebny ci stres. Poradzę sobie, nikt przecież nie umarł.
Syn był bardziej porywczy. W słuchawce leciały przekleństwa, aż Hania musiała go upomnieć: Uspokój się, zostaw tatę. W życiu różnie bywa. Ustalili, że Bartek przyjedzie w weekend…
Po rozmowie z dziećmi trochę ulżyło. Przechodząc obok lustra w korytarzu, napotkała swoje zagubione spojrzenie. Patrzyła na siebie: kobieta przy kości, w podomce, bez makijażu, oczy opuchnięte, usta spękane.
Hm… Nie dziwota, że młodą sobie znalazł. Popatrz na mnie: tłusta, bez fryzury, bez makijażu, bez manicure. Tamta pewnie piękność, a ja zapomniałam o sobie dawno. Dzieci, mąż, wnuki na pierwszym miejscu. Na drugim kury i ogród Przeciągnęła dłonią po twarzy i westchnęła, wyobrażając sobie młódkę i Wiktora…
Przypominała sobie ostatni rok małżeństwa. Dziś rozumiała więcej. Było nerwowo: ciężka ciąża Zofii, wnuk w rodzinie Bartka, wieczna bieganina, domowe problemy. Zabrakło czasu dla męża. Wiktor często jadł sam kolację, wracał z pracy do pustego domu. Coraz częściej weekendy spędzał bez niej, bo ona była z wnukami. I wtedy widocznie znalazł czas na nową fascynację. Wspominała, jak powoli, po cichu oddalał się, aż stał się obcy. Ale ona, zapracowana, nawet tego nie zauważyła. Albo nie chciała zauważyć…
… Dni zaczęły płynąć przezroczyste, ciche, bez niego. Na początku bolało. Potem ból przygasł. Prosiła dzieci, by nie skreślały ojca dla nich wciąż był dobrym tatą i kochającym dziadkiem. Ich to nie dotyczyło. Pokręcili nosami, ale obiecali się zastanowić. A po pół roku wszystko się uspokoiło. Hania nie miała czasu na troski gospodarstwo, wnuki, od niedawna nawet praca. Schudła, zmieniła fryzurę, nabrała blasku. Uśmiech wrócił na jej twarz. Co innego pozostało? Trzeba żyć dalej.
Po pół roku zadzwonił telefon z nieznanego numeru. W słuchawce głos. Znany, ale jakby z odległego snu.
Haniu, kochana moja… Przepraszam, przyjmij mnie z powrotem. Nie daję rady bez ciebie. Dwa miesiące żyłem jak w mgle, a potem… Tylko oczy zamknę, to widzę ciebie. Przyjmiesz mnie? płakał Wiktor.
Nie. Idź do swojej panienki. Macie tyle wspólnego. A mi bez ciebie też dobrze. odparła ostro i odłożyła słuchawkę.
Od tego czasu co wieczór Wiktor dzwonił, błagał, łagodnymi słowami przekonywał.
Haniu, my już nie młodzi. Po co nam waśnie na stare lata? Zgłupiałem, przydarza się. Kocham ciebie i naszą rodzinę. Bartka z Zofią i wnuki. Chcę być z wami.
To bądź, Wiktor. Kochaj dzieci i wnuki. One cię nie odrzucają. Ja się obejdę bez ciebie. Wiesz, rozbitej filiżanki się już nie skleja. rzucała szorstko.
Na początku dzieci broniły mamy, ale potem, jedno przez drugie stawały za ojcem.
Mamo, na ojcu nie ma życia. Wie, że źle zrobił, każdemu się zdarza. Może mu wybaczysz? prosiła Zosia.
No tak, mamo, wybacz mu. Po co się męczycie? Wiem, że go kochasz wtórował Bartek.
Nie i koniec. Nie proście. Nie umiałabym już z nim żyć, rozumiecie? Cały czas bym pamiętała, że mnie zdradził.
Tak żyła Hania. Pracowała, dbała o dom, dzieci, wnuki. Wszystko bez niego. Bez Wiktora.
A tymczasem Wiktor z nową, z którą miał tyle wspólnego, rozstał się i wrócił mieszkać do starej matki. Tęsknił strasznie za Hanią. Wciąż wspominał tamte wspólne lata. Bardzo żałował, co zrobił. Ale nic się nie dało już naprawić. Pozostało mu z tym żyć.
Aż w końcu, pewnego dnia, postanowił działać. Pójdzie do domu Hani, padnie jej do nóg i będzie błagał o wybaczenie. Może zlituje się, przyjmie go z powrotem. A jeśli nie, to przynajmniej ją jeszcze raz zobaczy…
Ubiera się schludnie i rusza w drogę. Dociera pod znajome drzwi, puka nikt nie otwiera. Hania tej nocy była w pracy na nocnej zmianie. Jeszcze trochę postukał i postanowił odpocząć na ławce na ganku. Położył się i zasnął twardo, jak dziecię. Dawno mu się tak nie spało. Może to przez ściany rodzinnego domu, a może przez zmęczenie.
Hania wróciła nad ranem. A tu niespodzianka. Podchodzi bliżej, patrzy Wiktor. Nie oddycha, twarz w świetle księżyca biała, trupia. Szturchnęła go ręką zero reakcji. Klepie po ramieniu cisza. Potrząsa nim, jakby chciała go wytrząsnąć ze śmierci nie reaguje.
O Boże, mój Boże… O ja nieszczęsna, Wiktorku kochany, na kogoś ty mnie zostawił, jak ja sobie teraz bez ciebie poradzę… zaczęła zawodzić, rzucając się mu na piersi…
Aż tu nagle on chwyta ją za ramiona i zaczyna całować.
A więc kochasz mnie, skoro tak rozpaczliwie… Ja ciebie też, Haniu! Przepraszam, żoneczko! Nie da się bez ciebie żyć. runął na kolana, zakrywając twarz dłońmi…
Ty gałganie, ty łobuzie! zaczęła go okładać po plecach. Naprawdę myślałam, że cię już nie ma, że przyszedłeś tu umierać. Nawywijałeś się, marcowy kocurze? No to masz!
…I od tego czasu Hania z Wiktorem pogodzili się i zaczęli żyć jeszcze lepiej. I jeszcze mocniej się kochali. Bo zrozumieli, co znaczy stracić człowieka. Swojego najbliższego. I zrozumieli, że czasem wybaczyć trzeba. Dumę można odłożyć na bok. Nawet jeśli ktoś zawinił bardzo, warto znaleźć miejsce w sercu. Trzeba doceniać i dbać o to, co się ma, a nie opłakiwać to, co stracone. I tak kończy się ta historia. Z dobrym, polskim zakończeniem.







