Wszystko zaczęło się jak typowe planowanie letniego urlopu. Ja i żona, nasz wysłużony SUV, trasa ponad tysiąc kilometrów w jedną stronę i ta przyjemna ekscytacja przed podróżą. Od zawsze ceniliśmy wyjazdy samochodem samemu się decyduje o tempie jazdy, można zatrzymać się, gdzie dusza zapragnie, zjechać z trasy na spontanie. Zero rozkładów jazdy, płaczących dzieci za cienką ścianą jak w pociągu, czy przekładanych lotów na lotnisku.
Tym razem jednak zrobiliśmy podstawowy błąd nieopatrznie wygadaliśmy się o naszym wyjeździe.
Podczas jednej z imprez ze znajomymi wspomniałem mimochodem, że za dwa tygodnie ruszamy na południe Polski naszym samochodem.
O! A w które dni dokładnie? od razu dopytała para naprzeciwko.
To byli Bartek i Zosia. Nie byliśmy bliskimi przyjaciółmi, raczej znajomymi od wspólnych znajomych.
Wyjeżdżamy piętnastego rzuciłem, niczego nie podejrzewając.
No patrz, mamy urlop od szesnastego! Bartek aż odłożył widelec. Planujemy jechać pociągiem, ale zostały same najgorsze miejsca. Może podwieziecie nas? Paliwo dzielimy na pół, zawsze raźniej w trasie a my ludzie spokojni.
Spojrzałem na żonę jej mina jasno mówiła: absolutnie nie. Zacząłem coś bąkać, że auto już mocno wypchane, że jeździmy wolno i zatrzymujemy się często.
Daj spokój, my na dwie osoby tylko jeden bagaż mamy! naciskał Bartek. A po kosztach to, wiadomo, wychodzi super. Teraz benzyna kosztuje majątek a tak podzielimy na pół. Ratujcie, sami swoi jesteśmy.
No i daliśmy się namówić. Argument finansowy przechylił szalę, a i tak trochę głupio było w twarz odmówić. Ta zwyczajowa miękkość, za którą przyszło nam zapłacić przez kolejne dwa tygodnie.
Chcesz mieć spokój, nie pomagaj zbyt ochoczo
Umówiliśmy się pod naszym blokiem o piątej rano. My już czekaliśmy, bagażnik ułożony: nasze walizki, woda, koc, narzędzia. Bartek z Zosią spóźnili się czterdzieści minut.
Taksówka długo jechała rzuciła Zosia bez cienia skruchy, wciągając za sobą walizę rozmiaru lodówki i masę toreb z jedzeniem.
Przecież umawialiśmy się na minimum rzeczy nie wytrzymałem.
No ale przecież dziewczyna musi się przebierać zaśmiał się Bartek.
Trzeba było kombinować, żeby wszystko upchnąć. Tetris panie i panowie.
Po godzinie zaczęły się schody. Zosi było duszno klimator na maksa, po 10 minutach Bartkowi już za chłodno. Moja muzyka im nie pasowała. Do tego lawina próśb o przerwy: to kawa, to siku, to nogi zdrętwiały, to papieros.
Cały mój plan podróży, rozpisany tak, żeby ominąć korki, poległ w gruzach. Zamiast kilku przystanków jechało się jak busik na trasie.
A apogeum przyszło na stacji benzynowej.
Zatankowałem do pełna wyszło 850 złotych, wracam do auta. Bartek zajada hot-doga.
No to jak, rozliczamy się? pytam.
Zrobimy to na końcu, żeby nie latać co chwilę z drobniakami machnął ręką.
Nie podobało mi się to, ale żona szepnęła: Spokojnie, pewnie się rozliczą na mecie. Przemilczałem. Odcinki płatne też płaciłem ja nawet nie zapytali o sumę.
Przez całą drogę pałaszowali swoje kanapki, okruszki wszędzie na moje uwagi, żeby szanowali auto, tylko się śmiali:
Daj spokój, przecież odkurzysz.
Na miejsce dotarliśmy grubo po północy, zmęczeni nie tyle trasą co towarzystwem.
Przecież i tak byście jechali
Rano spotkaliśmy się w kuchni w pensjonacie. Wyjąłem notatnik, gdzie zapisywałem wydatki.
Dobra zacząłem spokojnie. Paliwo 3200 zł, płatne drogi 550 zł. Razem 3750. Na pół, czyli 1875 zł od was.
Bartek zakrztusił się herbatą, a Zosia szeroko otworzyła oczy.
1 800 zl? Serio? wydusiła.
No tak, przecież się umawialiśmy, połowa kosztów odpowiedziałem.
Bartek odstawił kubek i mówi:
Słuchaj, przecież ty byś i tak jechał! I tak te pieniądze byś wydał, z nami albo bez nas. Auto twoje, benzyna tak czy siak by poszła. My tylko siedzieliśmy na wolnych miejscach.
Zaraz, zaraz zagotowałem się. Uzgodniliśmy zasady. Ja poświęciłem wygodę, upychałem dodatkowe rzeczy, dostosowywałem się do waszych przerw, a wy oddajcie połowę kosztów.
Jakie niedogodności? prychnęła Zosia. Przecież było fajnie, pogadaliśmy. Myśleliśmy, że po przyjacielsku. Jakbyś nie chciał, znalazłoby się coś na BlaBlaCar i taniej by wyszło.
Na to moja żona się wtrąciła:
U innego kierowcy wylecielibyście przy pierwszym okruszku i marudzeniu.
Dobra Bartek podsumował. Możemy dać z tysiąc, półtorej symbolicznie. Ale połowa? Bez sensu, przecież to i tak twój koszt. My i tak mamy napięty budżet.
Wstałem.
To nic nie dawajcie. Uznajmy to za moją gościnność. Ale wracacie już na własną rękę.
Bartek podskoczył.
Jak to? Nie mamy biletów! Przecież umawialiśmy się w dwie strony!
Umawialiśmy się na podział kosztów. Warunki złamaliście. Miłego urlopu.
Osobno na urlopie i w drodze powrotnej
Zostało jeszcze dziesięć dni do końca wyjazdu prawie się na siebie nie natykaliśmy, choć mieszkaliśmy w tym samym ośrodku. Raz czy dwa trafiliśmy na siebie na plaży odwracali głowę w drugą stronę.
Dzień przed wyjazdem przyszła wiadomość od Bartka: Daj spokój, zrobimy po trzy tysiące w dwie strony. Wracajmy razem. Zosi źle w autobusach, źle się czuje.
Nie odpowiedziałem.
Na spokojnie spakowaliśmy się, sprawdziłem olej i wyjechaliśmy skoro świt. Droga powrotna była rewelacyjna: ulubiona muzyka, przerwy wtedy, kiedy trzeba, i cisza jak marzenie.
Później od znajomych dowiedziałem się, że zostałem wielkim draniem, bo niby zostawiłem ludzi na lodzie przez parę tysięcy. Bartek z Zosią wracali z przesiadkami autobusami, umęczyli się i wydali więcej, a gdzie mogą, mówią o mnie źle.
Za to ja mam nauczkę na całe życie. Teraz, jeśli ktoś choćby pół-żartem pyta: O, jedziesz za miasto? Podrzucisz?, odpowiadam grzecznie, ale stanowczo: Przepraszam, ale wolę jeździć tylko z żoną.Czasami znajomi uczą więcej niż rodzina, czasami urlop pokazuje, kto kim naprawdę jest. A jednym z najlepszych smaków dorosłego życia jest ten pierwszy łyk kawy pitej w ciszy własnego auta, gdy nie musisz nikogo zadowalać, tylko siebie. Gdy patrzę na żonę przez lusterko, widzę lekki uśmiech i tę samą ulgę. I choć ten dzień zaczął się zwykłym rachunkiem, to kończy się życiową arytmetyką: mniej znaczy lepiej, a spokój za kierownicą jest zawsze warty więcej niż dzielenie rachunków z niewłaściwymi ludźmi.
Od tej pory planujemy urlopy w dwie osoby. Na trasie nie zabieramy już gapowiczów i nikt nie brudzi kanapek na tylnym siedzeniu. Może już nigdy nie zobaczymy tamtych znajomych, ale na tylnej półce zawsze leży czysty koc, a pod ręką zostaje jedno, niezawodne miejsce: dla świętego spokoju.




