Wiesz co, nie potrafię już jeździć do rodziców mojego męża ich zwyczaje przy stole dosłownie mnie odrzucają. Serio, robi mi się niedobrze, gdy widzę, jak to wygląda u nich w domu podczas obiadu. Chętnie pogadam z teściową, ale siąść razem do stołu? Nie ma mowy. Mój mąż w ogóle nie widzi w tym problemu, a teściowa uważa, że jestem rozpieszczoną księżniczką i przewrażliwioną pannicą.
Na szczęście, mieszkamy z Michałem osobno. Niestety, nie wystarczająco daleko, żebym mogła ograniczyć kontakty tylko do rozmów telefonicznych czasem po prostu muszę z nimi się spotkać. Za każdym razem próbuję wymyślić jakąś wymówkę, żeby nie jechać, bo to dla mnie mega stres. A rodzina Michała generalnie wygląda zwyczajnie mama i tata, oboje pracują, są po studiach, w domu mają czysto i przytulnie. Ale kiedy tylko zasiadamy przy stole, czuje się skonsternowana. Może i jestem trochę wybredna: nigdy nie tknęłam jedzenia z łyżki Michała, jeśli już ją polizał. Po prostu nie dam rady, nawet gdybym chciała…
Z czasem powoli przestaję zwracać uwagę na niektóre rzeczy przy mężu staje się dla mnie bliższy, ale dalej nie mogę się przyzwyczaić do jego rodziców. Tam dzieją się rzeczy, których nie ogarniam. Na przykład teściowa miesza sałatkę w jednym dużym naczyniu, próbuje, czy nie potrzeba więcej soli, liże łyżkę… i wkłada ją z powrotem do sałatki. No rany, to już trochę za dużo dla mnie.
Albo przy stole wszyscy piją wódkę, a ja wolę kieliszek wina. Teściowa bez skrupułów bierze mój kieliszek i próbuje na spróbowanie. No sorry, ale to jest strasznie niehigieniczne, zwłaszcza, że to jednak dla mnie obca osoba. Próbuję delikatnie podmienić kieliszek, żeby nie robić zamieszania, ale nie zawsze się udaje. Jeszcze teść… On to ma w sobie coś zaczepnego, cały wieczór potrafi gderać albo żartować złośliwie, nawet tak, że czuję się już niekomfortowo. Michał próbuje mnie bronić, ale sytuacja i tak się nie zmienia.
Najgorszym zwyczajem jest jednak to, co się dzieje z jedzeniem na drugi dzień. Teściowa często odgrzewa zupę, nie zjada wszystkiego wylewa resztki z talerza z powrotem do garnka i chowa do lodówki. Tak samo robi z sałatkami, które zostały po imprezie nawet z tych talerzy, co goście już rozgrzebali. Dlatego nigdy nie jem u nich niczego, co nie zostało zrobione teraz, na świeżo. Może się okazać, że to trzyposiłkowe resztki.
Dodatkowo, teściowa przed smażeniem placków zawsze pluje na patelnię, żeby sprawdzić, czy jest już gorąca! Serio, przecież można to sprawdzić na tyle innych, bardziej cywilizowanych sposobów po co tak robić? Ona powtarza, że w tej temperaturze to i tak wszystko się zabija, więc nie ma problemu, ale ja tego obrazu już się nie pozbędę z głowy.
Przysłowiową kropką nad i było, jak zobaczyłam, że po jakimś obiedzie dali psu wylizać miskę po gulaszu z ziemniakami, a potem wstawili ją do zlewu razem z normalnymi talerzami do mycia tak jakby to była zupełnie normalna kolej rzeczy.
Wtedy już nie mogłam się powstrzymać i powiedziałam wprost, że nie dam rady jeść później z talerza po psie. Popatrzyli na mnie jak na wariatkę i stwierdzili, że przecież wszystko się dobrze myje. No nieważne! Pies nie powinien jeść z naszych talerzy! Powiedziałam teściowej, że jeśli to naprawdę nie robi różnicy, to niech umyje miskę dla psa i poda mi w niej zupę. Strasznie się wtedy obraziła. Ale co miałam powiedzieć? Według jej logiki, skoro wszystko jest umyte, to nie ma znaczenia. Michał stwierdził, że przesadzam, ale ja czuję, że mam rację.
Po prostu już mi się nie chce jeździć do nich w gości. Albo musiałabym brać swoje jedzenie i własny talerz (co przecież byłoby porażką i straszną obrazą dla teściowej), albo po prostu się nie pojawiać. A to z kolei dramat dla Michała, bo robię mu przykrość.
Marzę, żeby się przeprowadzić do innego miasta, żeby mieć spokój od wizyt u teściów. Ze dwa razy w roku pogadam przez telefon i starczy. Więcej naprawdę nie dam rady.




