W Ustce, na plaży za promenadą, piasek pachnie jeszcze rozgrzaną smołą z asfaltu i przegrzanymi parawanami. Przyjechałam tu po południu, żeby nie myśleć o tym, co rano powiedziała moja córka. Że jestem z innej epoki, że nic nie rozumiem, że jej pokolenie to nie tylko telefony i wygłupy. A ja odpowiedziałam, patrząc na rozrzucone po chodniku opakowania po lodach: „No to posprzątaj chociaż po sobie, skoro taka świadoma”.
Dziecko trzasnęło drzwiami, a ja wsiadłam w samochód i pojechałam nad morze. Nad Ustką wisiało sierpniowe słońce, parawany z trzciny sterczały jak wielkie wachlarze, a mewy darły się przy koszach. Usiadłam na kocu, wbiłam stopy w piasek i patrzyłam na fale. Trzy metry ode mnie rozbiła się grupa nastolatków. Pięcioro, może sześcioro. Głośna muzyka z głośnika, piłka, puszki energetyków. W duchu już ich skreśliłam.
Potem zrobiło się później, słońce zeszło nad latarnię w porcie i zaczęło wiać od wody chłodem. Nastolatki zwijały ręczniki, zgarniały plecaki. I wtedy jeden z chłopaków, ten w kraciastej koszuli, wyciągnął z torby wielki czarny worek na śmieci. Rozpiął go, strzepnął, po czym zaczął wrzucać do środka puste butelki po wodzie, papierki po batonach i kartony po sokach. Zbierał nie tylko po sobie, ale i to, co leżało obok mojego koca — cudze paragony, plastikowe kubki, foliową torbę, którą wiatr przyklejał do nóg.
Nie odzywałam się. Tylko obserwowałam, jak moje wcześniejsze wyobrażenie o tej ekipie rozjeżdża się jak mokry piasek pod stopą. Dwie dziewczyny z tej grupy poszły kilka kroków dalej, ku falom, i zaczęły zbierać niedopałki papierowymi serwetkami. Bez obrzydzenia, bez komentarza. Po prostu zgarniały je w papier, jakby to było oczywiste. Trzeci chłopak wyciągnął spomiędzy kamieni mokry worek foliowy i długo strzepywał z niego piasek, zanim wrzucił go do czarnego worka.
Nie robili tego na pokaz. Nikt nie trzymał telefonu, nikt nie krzyczał „zobaczcie, jacy jesteśmy eko”. Rozmawiali, śmiali się z czegoś, jeden kopnął piłkę w stronę kosza, a potem wrócił i podniósł plastikowy widelec, który wdeptał w piasek. Jakby to była gra.
Siedziałam i robiłam wszystko, żeby nie wyglądać na wścibską. Wyciągnęłam telefon, udawałam, że sprawdzam wiadomości. W tym czasie obok nas przechodził starszy pan w słomkowym kapeluszu i białych butach do wody. Niósł butelkę piwa, dopił ostatni łyk, po czym po prostu odstawił pustą butelkę na piasku, obok leżaka. Nawet się nie schylił.
Dziewczyna z kucykiem, która zbierała niedopałki, podeszła bliżej. Popatrzyła na butelkę. A potem podniosła ją, włożyła do worka, który trzymała, i poszła dalej. Pan w kapeluszu nie zauważył. Albo zauważył i nie zareagował. Ale ja widziałam, jak zawrócił, żeby zabrać leżak, i zobaczył, że butelki nie ma. Zatrzymał się, rozejrzał, spojrzał na dziewczynę z workiem. Ta stała już przy koszu, wyrzucała wszystko. Postał tak może trzy sekundy, potem schylił się, podniósł swój leżak i odszedł w stronę promenady. Butelki już nie szukał.
Wstałam. Złożyłam koc, otrzepałam go z piasku. Podeszłam do chłopaka w kraciastej koszuli, który właśnie zawiązywał pełny worek.
— Masz jeszcze jeden? — zapytałam.
Nie zdziwił się. Sięgnął do torby, wyciągnął złożony czarny worek, rozciągnął go i podał mi. Wziął mi też z rąk pustą butelkę po wodzie, którą trzymałam, i wrzucił do swojego.
— Dzięki — powiedział, ale tak zwyczajnie, jakby podał mi ręcznik.
Poszłam w drugą stronę, wzdłuż brzegu, tam gdzie wiatr przywiał najwięcej foliówek. Zbierałam to, co leżało pod stopami: kapsle, opakowania po gofrach, jedną zgubioną skarpetkę, stare bilety parkingowe. Piasek skrzypiał pod sandałami. Worek robił się coraz cięższy, a ja przekładałam go z ręki do ręki, żeby nie obcierał palców.
Przy koszu spotkaliśmy się znowu. Dziewczyna z kucykiem wyrzucała ostatni worek. Chłopak w kraciastej koszuli policzył worki na palcach, bez słów, po czym wszyscy skręcili w stronę ulicy. Jeden z nich niósł boombox, już wyłączony. Nie pomachałam im. Nie powiedziałam „dziękuję”. Bo za co? Za to, że zrobili coś, co ja powinnam była robić od lat?
Stałam przy koszu, trzymając swój worek. Był w połowie pełny. Zamiast go wyrzucić, rozejrzałam się po plaży. Dalej, przy wydmach, leżał cały rząd plastikowych butelek po napojach, ustawiony tak równo, jakby ktoś je tam specjalnie poukładał. Poszłam w tamtą stronę.
W ten sposób spędziłam na plaży jeszcze godzinę. Zbierałam kapsle wciśnięte między kamienie, wyciągałam z piasku fragment plastikowego kubka, aż w końcu mój worek zaczął ważyć tyle, że musiałam nieść go oburącz.
Wieczorem, kiedy wróciłam do samochodu, znalazłam na przedniej szybie karteczkę. „Mama, wracam po 21. Zosia i ja idziemy na plażę. Nie martw się”. Odłożyłam telefon, nie odpisałam od razu. Zamiast tego wyciągnęłam z bagażnika rękawice ogrodowe, które zawsze tam trzymałam na wszelki wypadek, i schowałam je do kieszeni. Na jutro. Bo plaża w Ustce ma trzy kilometry długości, a śmieci wystarczy na więcej niż jeden dzień.
I tak, wracając do domu, minęłam pana w słomkowym kapeluszu. Stał przy przystanku autobusowym, trzymał pustą butelkę po wodzie i rozglądał się za koszem. Kosz był dwa metry dalej. On go nie widział. Podjechałam, opuściłam szybę.
— Proszę pana, kosz jest za panem. Przy ławce.
Odwrócił się, zobaczył, podniósł butelkę, wrzucił. Spojrzał na mnie, kiwnął głową.
— Dziękuję — powiedział tonem, w którym było więcej zdziwienia niż tego słowa.
Pojechałam dalej. W lusterku widziałam, jak stoi jeszcze chwilę przy koszu, jedną ręką poprawiając kapelusz, drugą wciąż trzymając się poręczy ławki, jakby zapominał, po co tam podszedł.







