Czterdzieści dziewięć minus jeden
Dwadzieścia trzy tysiące osiemset — tyle kosztował ten cholerny remont. Policzę jeszcze raz od początku, może się mylę. Nie, nie mylę się. Dwadzieścia trzy osiemset. Za tyle można kupić roczny abonament na wszystko, co człowiek lubi, a ja wpakowałem to w cudzy kominek i panele podłogowe, których nigdy nie dotknę bosą stopą.
Zacznę od środka, bo od początku nie dam rady.
W zeszły wtorek odebrałem z warsztatu swoją hondę. Półtora tysiąca za wymianę sprzęgła — mechanik w Łodzi ma cennik jak prywatny dentysta. Zapłaciłem kartą, wsiadłem, pojechałem na Piotrkowską. Miała być kawa u Teodory, bo tam robią sernik, po którym człowiek przez tydzień nie chce jeść nic innego. Nie dojechałem. Na wysokości Pasażu Róży zadzwonił telefon.
— Mam dla ciebie miejsce na cmentarzu. Sektor piąty, przy alejce. Wykupione na dziesięć lat.
To była moja matka. Nie „cześć", nie „jak się masz". Od razu o cmentarzu, jakby rozmawiała o zamówieniu pizzy.
— Mamo, co ty… — zacząłem.
— Zdziwisz się, ile teraz kosztuje takie podwójne miejsce. Ale co tam, stać mnie. Ty nie przejmuj się płaceniem, ja wszystko opłacę. Mówię ci, bo chciałam, żebyś wiedział, że masz gdzie leżeć.
Zaparkowałem przy krawężniku, włączyłem awaryjne. Serce waliło tak, że słyszałem je w opuszczonej szybie.
Moja matka ma sześćdziesiąt osiem lat i nigdy nie chorowała. Biega w parku na Zdrowiu dwa razy w tygodniu. Jeszcze rok temu przepisała na mnie dom po dziadkach, twierdząc, że nie chce, żeby „skarbówka zjadła". A teraz wykupuje mi miejsce na cmentarzu. Dziesięć lat z góry. Jakby chciała zamknąć jakiś rachunek. Tylko jaki?
Wieczorem poszedłem do niej. Mieszka na Bałutach, w starej kamienicy z dusznymi klatkami schodowymi. Na parapecie w kuchni stoi zdjęcie mojego brata, Marcina, który wyjechał do Norwegii jedenaście lat temu i od tamtej pory dzwoni na gwiazdkę. Matka lała herbatę do szklanki i nie podnosiła oczu.
— Wiesz, po co ja to zrobiłam? — spytała w końcu. — Bo nie chcę, żebyś ty się tym zajmował. To ciężar. Ja wszystko załatwię, a ty będziesz miał czas na życie.
— Matka mówi o moim pogrzebie — powiedziałem, żeby to jakoś dotarło do nas obu.
— O twoim. Bo wiesz, ile ty masz lat. Czterdzieści osiem. Twój ojciec umarł w czterdzieści dziewięć. Zostaje ci rok, zanim skończysz tyle, co on. Ja tego nie przeżyję drugi raz, synku. Wolę mieć to załatwione, niż się bać co rano.
Zamurowało mnie. Ojciec faktycznie odszedł w wieku czterdziestu dziewięciu lat, zawał w pracy, do dziś pamiętam ten telefon od majstra, który nie wiedział, jak powiedzieć. Ale to nie znaczy, że ja mam powtórzyć jego ścieżkę co do roku. Matka jednak tak uważa. Zawsze musiała wszystko kontrolować: co jem, gdzie pracuję, czy nie piję za dużo, czy ciśnienie mierzę. Teraz doszła do wniosku, że skoro mój ojciec zmarł w tym wieku, to ja też mogę. I załatwia mi miejsce, żeby przynajmniej to jedno mieć z głowy, zanim nadejdzie rok, którego się boi bardziej niż czegokolwiek innego. Bo ona nie przeżyje, gdybym zszedł pierwszy. Więc przygotowuje się.
W tej kuchni, przy dźwięku lodówki i zapachu niedopitej herbaty, zrozumiałem, że to nie była troska. To był wyrok wydany z miłości, ale wciąż wyrok. Zdrowy, dorosły mężczyzna, który sam dojeżdża do pracy, zmienia koła na zimowe i uczy się piec chleb żytni na zakwasie, został skreślony na rok naprzód.
Wziąłem kurtkę.
— Co robisz? — zapytała.
— Idę do notariusza — skłamałem. — Muszę odpisać ten dom z powrotem.
Wtedy chwyciła mnie za rękaw. Mocno, jak nie ona.
— Zostaw papier w spokoju.
— Jaki papier?
— W szafce, w górnej półce. W słoiku po kawie. Tam są dokumenty, wszystko podpisane.
Otworzyłem. W słoiku po kawie leżały akty własności, umowa z zakładem, plik kwitów opłaconych z góry. I koperta. W niej — list do mnie, napisany w zeszłym roku, po Wielkanocy, zanim cokolwiek przepisała. Pismo równe, jej najlepsze.
„Synku, przepraszam. Nie chcę, żebyś płacił za moje błędy. Kiedy ojciec chorował na serce przez ostatnie dwa lata, ja mu wszystkiego zabraniałam — mięsa, papierosów, wysiłku. Krzyczałam na niego za każdy schodek pod górę. A on i tak umarł, tylko że umarł zmęczony moim pilnowaniem, nie samą chorobą. Nie chcę, żebyś ty tak żył, w strachu przede mną. Dlatego przepisuję dom na ciebie, żebyś miał co swoje, i dlatego kupuję to miejsce — nie po to, żeby cię gonić do grobu, tylko żeby chociaż to jedno załatwić za ciebie, skoro tyle innych rzeczy zepsułam. Matka".
Czytałem to trzy razy na klatce schodowej, bo nie chciałem wracać po klucze, a zimno z okna w półpiętrze ciągnęło od dołu jak przeciąg. Za dużo na jeden wieczór.
Z hondą jest tak: nie lubi zimnego rozruchu, ale tej nocy zapaliła od strzału, jakby i jej się spieszyło. Wjechałem na Kościuszki i gnałem w kierunku Łasku, byle dalej. Cmentarz, dom, list — wszystko za szybą, wszystko po stronie miasta. Nie zatrzymywało mnie żadne czerwone, zielona fala niosła jak po sznurku.
Dziś wiem, że ta noc niczego nie zamknęła. Wróciłem po trzech dniach. Nie po to, żeby przepisywać dom, nie po to, żeby kłócić się o sektor piąty. Wróciłem z własnym dokumentem w torbie. Z umową od Fundacji Hospicyjnej. Czterysta złotych miesięcznie, stałe zlecenie na dziesięć lat. To jest to miejsce, które wykupiłem dla kogoś, kogo matka nie zna. Dziesięcioletnia opieka nad hospicjum dla dzieci.
Kiedy jej to powiedziałem, siedziała w fotelu pod telewizorem i obierała jabłko. Nóż sunął równo, aż doszła do pestek. Przerwała na słowie „fundacja".
— Ty zwariowałeś — powiedziała, tylko tyle.
— To nie jest twoje dziesięć lat. Tamto zostaw. Wykupiłaś — twoja wola. Ja swoje pieniądze ustawiłem tam, gdzie chcę. Nikt mi nie wyznaczy miejsca, dopóki sam go nie wybiorę.
— A jeśli…
— Jeśli co? — podszedłem bliżej. — Nie licz na to, że się położę, bo ojciec się położył. I nie musisz odkupywać tamtych dwóch lat pilnowaniem mnie teraz. To nie twoja wina, że umarł. Ale to będzie twoja wina, jeśli mnie zamkniesz w tym samym roku co jego, zanim on w ogóle nadejdzie.
Nie wiem, czy zrozumiała od razu. Odłożyła jabłko na stolik, obite z jednej strony, i nóż koło niego. Milczała dłużej niż zwykle.
Dwa dni później znalazłem pod wycieraczką w samochodzie karteczkę. Jej pismo, krótkie: „Przyjdź, obiad o trzeciej".
Pojechałem. Pachniało rosołem, prawdziwym, z lubczykiem z jej ogródka. I stało w kuchni ciasto, kruszonka. Postawiła przede mną talerz i usiadła naprzeciwko.
— To miejsce — odezwała się cicho. — Zostawię je. Niech leży, wykupione. Twoja wola, co z nim zrobisz. Ja już nie będę liczyć ci miesięcy do przyszłego roku.
— Zostaw — powiedziałem. — Może kiedyś będę gotowy. A może nie. To nie znaczy, że nie żyję.
Zjadłem zupę. Potem jabłko, pokrojone na cząstki, z cynamonem, jak kiedyś. I wróciłem do siebie, na parter, do hondy, do korespondencji z fundacją. Nie dlatego, że się pogodziliśmy do końca. Tylko dlatego, że po raz drugi w życiu dostałem od własnej matki obiad, po którym nie musiałem jej nic oddawać — nawet tych czterdziestu dziewięciu lat.







