Schronisko na Piastowskiej

W zeszły wtorek Kluska przewrócił miskę z wodą i nikt nie przyszedł tego wytrzeć. Siedziałem na służbie do szesnastej, potem Magda, potem nikt. Kaloryfer znowu grzał jak oszalały, w boksach pachniało mokrą sierścią i środkiem do mycia podłóg, którym Wojtek szorował korytarz chyba jeszcze przed świętami. Taki zapach wchodzi w ubranie na dwa dni.

Kluska to mieszaniec, sześć lat, sierść w kolorze przypalonego tosta. W schronisku na Piastowskiej w Radomiu siedzi trzysta jeden dni. Dokładnie — trzysta jeden, bo od pierwszego dnia ma nad boksem kartkę z datą przyjęcia i jeszcze nikt jej nie zerwał. W niedziele liczę te dni jak pani Henia z recepcji, która na palcach odlicza, ile emerytury zostało do pierwszego.

Dzwonię do schroniska zawsze po osiemnastej, jak już wyjdę z hali. Pracuję w sortowni firmy kurierskiej, osiem godzin na nogach, potem w autobusie linii 17 przez pół miasta. Na pętli przy Słowackiego wysiadam i idę te osiemset metrów pod górkę. Zimą, jak teraz, ten kawałek trwa wiecznie, zwłaszcza gdy chodnik nieodśnieżony i trzeba iść skrajem jezdni. Ale co zrobić. Ktoś musi te psy wyprowadzać.

Kluska dostaje ode mnie zawsze dodatkową garść suchej karmy, tak po cichu, żeby inne nie widziały. Nie wolno, wiem. Ale jak na niego patrzę, to myślę o tym, że sam bym nie chciał siedzieć w klatce trzysta dni i czekać, aż ktoś uzna, że jestem tego wart.

Nie wiem, co się z nim działo, zanim trafił do nas. W kartotece było: znaleziony przy torach, stara obroża wrosła w szyję. Weterynarz musiał przecinać ją nożycami do blachy, normalne nożyczki nie brały. Skóra pod spodem biała, cienka jak pergamin. Dwa miesiące chodził po schronisku i nie pozwalał się dotknąć. Teraz leży na legowisku, które Magda przyniosła mu z domu, ale nie śpi — czeka, aż ktoś się zatrzyma przy kratach dłużej niż pół minuty.

We wtorek przyjechała rodzina z Dębicy. Chłopiec, może siedem lat, w kurtce z dinozaurem, rodzice zmęczeni po drodze. Spodobała im się suczka z trzeciego boksu, mała, łaciata, taka, co to macha ogonem jak oszalała i liże wszystkich po rękach. Kluskę minęli bez zatrzymania. On nawet nie podszedł do kraty. Położył się tyłem, pysk na łapach, i udawał, że go nie ma.

O osiemnastej powiedziałem mu, że przyjdę jutro. Wracając na przystanek, liczyłem drobne w kieszeni. Czternaście złotych i osiemdziesiąt groszy.

Następnego dnia przyszedłem z siatką z Biedronki. W środku: słoik masła orzechowego, paczka ciastek dla psów i ser w tubce. Kluska siedział w kącie i nawet nie drgnął, dopóki nie odkręciłem słoika. Masło orzechowe pachnie tak mocno, że czuć je przez pół korytarza. Wycisnąłem trochę na brzeg miski. Wstał. Podszedł. Polizał raz, potem usiadł i patrzył na mnie, jakbym mu podał coś, czego nie powinien przyjąć.

Dwa tygodnie wcześniej opowiadano o tym na porannej zbiórce. Wolontariuszka z Grójca, taka energiczna, z kucykiem, tłumaczyła, że psy w schroniskach potrzebują zajęcia, rozrywki, że na długich samotnych dniach trzeba im czymś zająć łeb. Mówiła o smakołykach do wypełniania zabawek, o twardych gryzakach, o tym, że serce pęka, jak się widzi psa, który od miesięcy patrzy w ścianę. Myślałem wtedy: no dobra, ale te dary trzeba jeszcze kupić, dowieźć, rozdać. W którymś momencie człowiek liczy, czy stać go na bilet.

Kluska tego dnia zjadł całą wyciśniętą porcję. Potem podszedł do kraty i pierwszy raz od miesięcy położył mi łeb na kolanie. Siedziałem tak na betonowej posadzce, plecami oparty o drzwi boksu, patrzyłem, jak śnieg pada za oknem. Na korytarzu było cicho. Tylko gdzieś z końca budynku niosło się skomlenie szczeniaka, którego ktoś zostawił w kartonie przy wejściu poprzedniej nocy.

W czwartek zjawił się darczyńca. Takich ludzi od razu widać: buty z dobrej skóry, torba firmy, która nie ma sklepu w Radomiu. Pan po pięćdziesiątce, w płaszczu, stanął na środku poczekalni i powiedział, że chciałby pomóc. Pani Henia podniosła głowę znad akt, pani Ola, nasza kierowniczka, wyszła z zaplecza. Ja stałem w kącie z miską wody i udawałem, że mnie nie ma.

Gość chciał od razu wybrać psa i dać mu dom. Pani Ola patrzyła na niego uważnie; wie, że tacy zjawiają się czasem po świętach, a w styczniu jeżdżą do oddania. Zaprowadziła go do boksów. Zatrzymał się przy kartonie z kuchni, w którym leżał szczeniak zostawiony poprzedniej nocy, i długo mu się przyglądał. Nic wtedy nie powiedział. Wtedy weszła ta kobieta.

Nie znam jej imienia. Noszę jej twarz do dzisiaj: zniszczona kurtka z syntetycznego puchu, zamszowe botki rozklejone przy noskach, sznurkowa torba wypchana po brzegi. Miała może sześćdziesiąt lat, może siedemdziesiąt. Ręce popękane od mrozu, brwi zrośnięte, włosy ściągnięte gumką recepturką.

Zdjęła torbę i postawiła na ławeczce. Zaczęła wykładać: trzynaście słoików masła orzechowego, dwie paczki ciastek, osiem tubek serka do nadziewania zabawek, a na koniec zawinięte w torebkę śniadaniową psie chrupki. Własnej roboty? Kto to wie. Pani Ola patrzyła na to wszystko, a potem ja też spojrzałem i zrozumiałem, że to jest tego typu prezent, na który składa się cała emerytura.

Powiedziała, że przyjechała autobusem z Pionek. Dwa razy przesiadka. Mieszka sama, w bloku z wielkiej płyty, i od kiedy odszedł mąż, karmi wszystkie napotkane psy. W zeszły piątek w radiu mówili o schronisku, że zwierzaki czekają na domy i że można przywieźć przysmaki, żeby chociaż trochę umilić im dni. Nagrała sobie tę audycję na dyktafon. Puściła mi fragment, telefon trzymała dwiema rękami, jakby bała się, że upuści.

W torbie na dnie leżał jeszcze jeden słoik. Osobno zawinięty w bawełnianą ściereczkę w kratę. Wyjęła go i podała pani Oli. Zauważyła, że ta patrzy na nią po tych wszystkich słoikach, i zrobiło jej się głupio.

To dla tego, co czeka najdłużej, powiedziała. Pani Henia popatrzyła na nią nad okularami. To znaczy, zapytała, dla którego?

Nie wiedziała. Wzruszyła ramionami. Nie wybrała jeszcze. Stała tak z tym słoikiem w ręku, zaskoczona, że trzeba coś więcej, że trzeba wskazać.

I wtedy weszła ta druga. Nie, nie weszła — wpadła. Drzwi uderzyły o ścianę, zamek zazgrzytał, na podłodze został mokry trop po butach. Kobieta w beżowym kożuchu, włosy idealne, torebka z łańcuszkiem, telefon w dłoni jak berło. Krzyknęła, że chce zobaczyć psa do adopcji.

Miała ze sobą listę. Poważnie. Wydrukowaną listę wymagań: mały, łagodny, hipoalergiczny, spokojny, czysty, przyjazny dzieciom, po tresurze. Pani Ola spokojnym głosem, jakim zwykle uspokaja nowe zwierzęta, zaczęła mówić, że to schronisko, że psy mają różne historie, że może któreś jej się spodoba.

I wtedy ona skrzywiła się na cały korytarz i powiedziała:

No nie, ja nie adoptuję ze schroniska. Tak tylko chciałam zobaczyć, co tu macie, i może pomóc. Mam przecież w domu rodowód. I pomyślałam, że może wam coś przywiozę, ale tu taki zapach…

Nie dokończyła. Spojrzała na moje buty, na kurtkę tej kobiety, na słoiki na ławce. Pani Henia zacisnęła zęby tak mocno, że aż poruszyła jej się skóra na skroni. Pani Ola stała sztywno z tym słoikiem w dłoni, jakby nie wiedziała, co z nim zrobić. Darczyńca w płaszczu wbił wzrok w podłogę.

A ja podszedłem do kraty Kluski. On siedział w kącie, uszy po sobie. Wiedział, co to za typ. Takie kobiety przychodziły i wychodziły, a on zostawał.

Wtedy stara kobieta z Pionek odezwała się tak cicho, że usłyszałem ją tylko dlatego, że stałem dwa metry od niej.

To ja mogę być za zapach, powiedziała.

Nikt nie wiedział, co odpowiedzieć.

A potem wzięła z ławki słoik, odkręciła wieczko i wyciągnęła w stronę Kluski palec z odrobiną masła orzechowego. Pies uniósł łeb, przechylił go w lewo. Wstał powoli, najpierw tylne łapy, potem przednie. Podszedł do kraty. Poliżał palec raz, drugi. Kobieta nie zabrała ręki.

Ta z kożuchem patrzyła na to wszystko z otwartymi ustami. Nie powiedziała ani słowa. Po chwili szarpnęła torebkę, wyjęła czterysta złotych, położyła na kontuarze w recepcji i wyszła. Bez słowa. Drzwi zamknęły się cicho, co brzmiało tu jak wyrok.

Kluska lizał palec tej kobiety, która przyjechała z Pionek dwoma autobusami, i patrzył na nią jak na swojego człowieka. Słoik oparła o udo i drugą ręką dotykała kraty, jakby chciała sprawdzić, czy drzwi się czasem same nie otworzą.

Zanim wyszła, zapytała, jak ma na imię. Pani Ola powiedziała: Miłek. To znaczy w papierach Miłek, ale my mówimy Kluska. Kobieta powtórzyła: Kluska. Znowu pogłaskała go przez kratę, wytarła nos wierzchem dłoni i powiedziała, że w piątek przyjedzie znowu.

Wieczorem tego samego dnia, kiedy robiłem ostatni obchód, Kluska leżał na legowisku brzuchem do góry i spał. Naprawdę spał, nie tylko udawał, z łapami zwieszonymi bezwładnie po bokach. Postałem tam chwilę z latarką skierowaną w podłogę, żeby go nie budzić.

Darczyńca w płaszczu wrócił następnego dnia, z transporterem i smyczą. Powiedział, że zabiera do domu szczeniaka z kartonu — tego, który skomlał całą noc. Zapłacił od razu za jego leczenie: siedemset osiemdziesiąt złotych, gotówką, na kontuarze. Pani Ola wzięła fakturę i nie odezwała się, tylko patrzyła, jak wychodzi z małym w kocu przyciśniętym do piersi.

Piątek. To dziś.

Stoję w recepcji i patrzę, jak otwiera drzwi. W torbie znowu ma słoiki, ale jest ich mniej niż wtedy — może wykupiła po drodze mniej, może zostawiła coś w domu. Kluska podnosi łeb, zanim jeszcze zdążyła przejść próg, jakby rozpoznał jej kroki na chodniku przed budynkiem.

Ja myślę o tym, co zrobię po pracy: ile godzin zostało, ile przystanków, ile kroków pod górkę. Kobieta stawia torbę na tej samej ławeczce co poprzednio i rozgląda się, szukając wzrokiem konkretnego boksu. Kluska już wstaje, zanim ona zdąży się odwrócić w jego stronę. Podchodzi do kraty pierwszy i czeka, aż ona podejdzie z tym swoim palcem umazanym masłem orzechowym.

Oceń artykuł
Newskey24
Schronisko na Piastowskiej