Głuche serce Bartosza R.

Mam na imię Bartosz i przez jedenaście lat prowadziłem z żoną Anną małą pracownię introligatorską przy ulicy Krupniczej w Krakowie. Piszę to, bo pod moim wpisem pożegnalnym zebrało się tyle komentarzy, że w końcu ktoś musi powiedzieć, jak to wyglądało od środka — nie z perspektywy człowieka, który czyta ekran i wydaje wyrok, tylko z perspektywy tego, kto siedział przy łóżku w hospicjum przy ulicy Fatimskiej i liczył krople w kroplówce.

Anna zachorowała wiosną, dwa lata temu. Rak trzustki. Lekarz w szpitalu na Kobierzynie powiedział nam to wprost, bez owijania w bawełnę, siedząc przy biurku zawalonym papierami, z kubkiem zimnej kawy, na który nawet nie spojrzał. Powiedział: rokowania są złe. Zapytałem, ile mamy czasu. Odpowiedział, że różnie bywa — od kilku miesięcy do dwóch lat, jeśli chemia zadziała.

Zaczęliśmy leczenie od razu. To jest to, czego ludzie w internecie nie wiedzą i nie chcą wiedzieć, bo wygodniej jest zbudować sobie wroga z gotowego materiału. Anna miała sześć cykli chemioterapii w klinice onkologicznej przy Garncarskiej. Traciła włosy garściami, wymiotowała po każdym wlewie, ja trzymałem jej głowę nad miską w łazience naszego mieszkania na Podgórzu i liczyłem, ile jeszcze wytrzyma. Dopiero kiedy po drugiej linii leczenia guz dalej rósł, a onkolog powiedział, że kolejna chemia tylko ją wykończy bez żadnej korzyści — zaczęliśmy szukać czegoś jeszcze. Nie zamiast, tylko obok. Dieta, suplementy, jeden ośrodek w Niemczech, do którego pojechaliśmy na własny koszt za jedenaście tysięcy złotych, bo ktoś powiedział, że tam mają nowy protokół. Nic z tego nie pomogło. Wiedziałem, że może nie pomóc. Ale co miałem robić — powiedzieć jej w marcu, że nie ma sensu próbować, i patrzeć, jak gaśnie ze świadomością, że nikt już nic nie robi?

Napisałem na Facebooku pożegnalny tekst dzień po pogrzebie. Napisałem o tym, że system opieki onkologicznej w tym kraju jest zbudowany tak, że pacjent czeka na wizytę u specjalisty osiem tygodni, kiedy nie ma nawet ośmiu dni do stracenia. Napisałem, że kolejka do rezonansu w naszym mieście to trzy miesiące, a guz nie czeka. To nie był atak na medycynę jako taką — to była pretensja do systemu, w którym umierała moja żona, podczas gdy urzędnicy przekładali terminy.

Nazajutrz zadzwoniła do mnie dziennikarka portalu, dla którego kiedyś pisywałem felietony o odnowie starych ksiąg. Chciała cytat do artykułu o Annie. Dałem go, bo myślałem, że robi tekst o niej — o kobiecie, która przez trzydzieści osiem lat oprawiała rodzinne albumy sąsiadom z całej dzielnicy za grosze, bo lubiła zapach kleju i skóry bardziej niż pieniądze.

Artykuł wyszedł trzy dni później. Cytat ze mną zajmował dwa zdania na dole. Reszta to była wypowiedź niejakiego Wojciecha Serafina — publicysty, którego nigdy w życiu nie spotkałem, nie znałem, nie miałem z nim żadnego kontaktu — który napisał pod moim wpisem komentarz na sześćset słów o tym, że „wykorzystuję śmierć żony do propagandy antyszczepionkowej" i że „normalizuję odrzucanie onkologii". Dziennikarka zacytowała jego komentarz w całości. Mój tekst pożegnalny, w którym ani razu nie użyłem słowa „szczepionka", streściła w jednym zdaniu jako „kontrowersyjny wpis".

Zadzwoniłem do niej tego samego wieczoru, siedząc w kuchni, w której Anna trzymała słoik z guzikami po swojej babci — nigdy nie wyrzuciła ani jednego, mimo że nie szyliśmy od lat. Zapytałem, dlaczego nie zacytowała ani jednego zdania z mojego wpisu w całości, tylko oparła cały tekst na komentarzu obcego człowieka, który przeczytał trzy akapity i zbudował z nich zarzut. Powiedziała, że „reakcje czytelników są częścią historii". Zapytałem, czy zadzwoniła choć raz do mnie przed publikacją, żeby zapytać, jak faktycznie wyglądało leczenie Anny. Nie zadzwoniła.

Serafin napisał kolejny wpis dwa dni później — z linkiem do artykułu, z moim nazwiskiem, z tezą, że od lat „atakuję medycynę i szerzę pseudonaukowe brednie". Nigdy w życiu nie napisałem ani słowa przeciwko szczepieniom. Sprawdziłem — bo w takich chwilach człowiek zaczyna sprawdzać sam siebie, jakby to on był oskarżonym — całą swoją historię postów z pięciu lat. Nie było tam nic takiego. Był tylko ojciec, który patrzył, jak jego żona umiera, i miał pretensje do kolejek.

Nie odpowiedziałem publicznie. Nie miałem siły na wojnę na komentarze, kiedy w domu wciąż leżał jej szlafrok na krześle w sypialni, bo nie potrafiłem go jeszcze zabrać do prania.

Zamiast tego poszedłem do notariusza przy placu Szczepańskim, do pani mecenas Ireny Wachowskiej, z którą Anna miała umówioną wizytę jeszcze przed diagnozą — chcieliśmy uregulować sprawy pracowni na wypadek, gdyby coś się nam obojgu stało, bo nie mieliśmy dzieci. Podpisałem tam dokument, który już od miesiąca leżał gotowy do podpisu, tylko wciąż go odkładałem, bo podpisanie oznaczało przyznanie, że jestem sam.

Przepisałem pracownię introligatorską na Zofię Marek, naszą wieloletnią pracownicę, która pracowała z Anną od dwunastu lat i traktowała ją jak siostrę, a nie na dalekiego kuzyna Anny, Ryszarda, który po pogrzebie zadzwonił dwa razy — nie z kondolencjami, tylko żeby zapytać, „co z lokalem przy Krupniczej, bo to dobre miejsce pod działalność". Zofia dostała klucze, dokumenty rejestrowe i całe wyposażenie warte około stu dwudziestu tysięcy złotych. Ryszard dostał odpowiedź, że pracownia ma już właściciela.

Zadzwonił do mnie w niedzielę wieczorem, kiedy już wiedział od Zofii. Pytał, czy zgłupiałem, że oddaję „rodzinny biznes obcej osobie". Powiedziałem mu, że Zofia siedziała przy łóżku Anny w szpitalu częściej niż on przez całe swoje życie, i że papiery są już podpisane u notariusza, więc rozmowa jest skończona. Odłożyłem telefon i wróciłem do warsztatu, gdzie na blacie wciąż leżała nieoprawiona książka, którą Anna zaczęła składać na dwa tygodnie przed śmiercią — pamiętnik jakiejś starszej pani z Podgórza, którego już nigdy nie dokończy.

Serafin nie zadzwonił nigdy. Dziennikarka też nie. Ale w zeszłym tygodniu zobaczyłem, że ktoś oznaczył mnie pod jego kolejnym postem o „szkodliwości dezinformacji medycznej w internecie" — i pod spodem był link do tamtego artykułu sprzed dwóch lat, wciąż żywy, wciąż krążący, jakby Anna umarła po to, żeby ktoś miał o czym pisać. Zamknąłem telefon i poszedłem do pracowni pomóc Zofii oprawić dwadzieścia egzemplarzy kroniki parafialnej — robota na cały wieczór, klej, płótno introligatorskie i cisza, w której wreszcie nikt niczego ode mnie nie chce.

Oceń artykuł
Newskey24
Głuche serce Bartosza R.