Warsztat brata Mateusza, dwadzieścia sześć lat

Warsztat liczb Mateusza Kowalczyka

Nazywam się Mateusz Kowalczyk, mam trzydzieści dwa lata i od trzech lat prowadzę firmę transportową — dwa busy, cztery osoby na etacie plus ja sam za kierownicą, kiedy trzeba. Ogłoszenie wisiało u mnie na grupie na Facebooku przez ponad miesiąc, zanim w ogóle ktoś zadzwonił z pytaniem, a nie żeby się umówić.

Napisałem tam jasno: pięćset złotych za dniówkę, rozładunek i załadunek cementu, dwanaście-trzynaście punktów dziennie. Brzmi jak coś, na co nikt przy zdrowych zmysłach się nie zgodzi, prawda? A ja przez pierwsze pół roku sam tak myślałem — że nikt nie przyjdzie, że stawka za niska. Tyle że stawka nie była problemem. Problem siedział gdzie indziej, i to ja się o tym dowiedziałem na własnej skórze, bo zanim zatrudniłem pierwszego człowieka z zewnątrz, sam jeździłem z tymi workami przez trzy tygodnie, bo brakowało mi rąk.

Dwieście worków dziennie. Czasem dwieście pięćdziesiąt, wtedy dopłata — pięćdziesiąt, sto złotych do ręki, bez dwóch zdań, u mnie tak zawsze było. Każdy worek to czterdzieści kilogramów. Sam policz: dwieście razy czterdzieści, to osiem ton na plecach, tylko że nie jednym ruchem — trzeba wejść po schodach na trzecie piętro bez windy, bo budowa, bo remont, bo klient akurat mieszka w kamienicy z lat sześćdziesiątych na Pradze, gdzie windy nie było i nigdy nie będzie.

Zgłosił się do mnie chłopak, Kamil, dwadzieścia trzy lata, silny, wyglądał, jakby uniósł ze sto worków sam z siebie. Pierwszego dnia wytrzymał do obiadu. Nie dlatego, że był słaby — po prostu nikt mu nie powiedział, i ja też mu nie powiedziałem, bo sam tego nie rozumiałem, że ten worek nie waży czterdzieści kilo raz. On waży czterdzieści kilo dwieście razy z rzędu, a między punktami trzeba jeszcze zjechać do centrum po kolejny kurs, bo magazyn jeden, a adresów dwanaście rozrzuconych po całej Warszawie — Wola, Ursynów, Bemowo, i tak w kółko.

Drugi chłopak wytrzymał dwa dni. Trzeci — jeden. Zacząłem się zastanawiać, czy to ja coś robię źle, czy może ludzie po prostu już nie chcą pracować rękami, jak mówi mój ojciec przy każdej okazji.

A potem przyszedł Tomek. Facet po czterdziestce, wcześniej pracował na budowie przy Trasie Łazienkowskiej, wiedział, co robi. Zapytał mnie od razu, zanim się zgodził: "Ile osób masz w ekipie?" Powiedziałem — dwie, razem ze mną trzy. Pokiwał głową i powiedział rzecz, która mi wtedy nie spodobała, ale okazała się prawdą: "To nie jest robota dla trzech ludzi na jeden dzień. To jest robota, którą powinno robić sześciu, a wy chcecie zapłacić za trzech."

Miał rację, tylko że wtedy tego nie przyjąłem. Liczyłem koszty na kartce, siedząc w busie na Odolańskiej, z termosem kawy, która już wystygła — dwie osoby razy pięćset złotych to tysiąc na dzień, plus paliwo, plus wynajem drugiego busa, i wychodziło mi, że jeśli wezmę czterech ludzi zamiast dwóch, marża spada tak nisko, że nie opłaca mi się w ogóle brać zlecenia od dostawcy cementu. Więc zamiast podnieść stawkę albo zatrudnić więcej osób, po prostu dawałem coraz więcej ogłoszeń, licząc, że w końcu trafię na kogoś, kto po prostu nie zauważy, ile pracy przypada na jedną osobę.

Tomek wytrzymał u mnie osiemnaście dni. Osiemnasty dzień był w Legionowie, w bloku bez windy, na szóstym piętrze, w sierpniu, przy trzydziestu dwóch stopniach. Zszedł po ostatnim kursie, usiadł na krawężniku, zdjął rękawice robocze, jedną po drugiej, i położył je obok siebie na betonie, dłonią do góry, jakby czekał, aż ktoś mu je odbierze. Powiedział, że dłużej nie da rady — nie dlatego, że jest za słaby, tylko dlatego, że kolano mu puszcza i lekarz już wcześniej ostrzegał, żeby przestał dźwigać. Podwinął nogawkę, pokazał mi to kolano, spuchnięte, i powiedział: "Mateusz, ja nie mogę ci dawać ostatnich lat chodzenia za pięćset złotych dziennie."

Nie miałem co na to odpowiedzieć. Zapłaciłem mu za ten dzień i pojechałem do domu z pustym busem, choć zostały jeszcze trzy adresy.

Wieczorem zadzwoniła do mnie siostra, Ola. Prowadzi księgowość, w tym także moją, i od miesięcy powtarzała mi, żebym przeliczył koszty od nowa, zamiast łatać dziury nowymi ogłoszeniami. Powiedziała, że mam przyjechać na Bródno, że tak dalej nie może być.

Usiedliśmy przy jej kuchennym stole, ona z kalkulatorem, ja z kartką, na której same skreślenia. Obok jej córka robiła lekcje z matematyki — dodawanie w słupku, ołówek, gumka, jedna kolumna liczb pod drugą. Ola spojrzała na moją kartkę, potem na zeszyt córki, i powiedziała: "Zosia ma osiem lat i wie, że jak coś nie wychodzi, to trzeba sprawdzić rachunek, a nie przepisać zadanie od nowa z nadzieją, że tym razem samo się zgodzi." Chciałem się z nią pokłócić, ale nie miałem argumentu, bo ona już rozpisywała mi to na kartce: dwieście worków, dwanaście adresów, cztery osoby minimum plus kierowca, nie dwie. "Ty nie masz problemu z ludźmi, Mateusz. Ty masz problem z arytmetyką" — powiedziała to, nie podnosząc głowy znad kartki, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie, a dla mnie było to jak uderzenie, bo przyznanie się do tego oznaczało, że przez rok okłamywałem samego siebie, a nie tylko tych chłopaków, którzy odchodzili po jednym dniu.

Rozpisała mi wszystko do końca: podniesienie kosztu robocizny o niecałe dwa tysiące złotych dziennie, ale też skrócenie czasu na punkt, mniej nadgodzin, mniej reklamacji od klientów za opóźnienia. Zosia w tym czasie skończyła kolumnę dodawania, podniosła zeszyt i pokazała matce, a Ola, nie przerywając liczenia moich kosztów, powiedziała córce: "Dobrze, tylko sprawdź jeszcze raz trzecią linijkę" — i wróciła do mnie: "Widzisz? Nawet ośmiolatka to rozumie."

Następnego ranka zadzwoniłem do dostawcy — firma budowlana z Wołomina, dla której woziłem materiał od półtora roku. Kierownik magazynu odebrał w połowie jakiejś rozmowy w tle, warknął "słucham" zamiast "dzień dobry".

— Piętnaście procent więcej za kurs, albo szukam innego zlecenia — powiedziałem, bez wstępu.

— Ty żartujesz sobie, Kowalczyk? Mamy umowę.

— Mieliście umowę z ekipą, której już nie ma. Trzeci komplet ludzi w miesiącu mi odchodzi, bo płacicie mi za trzech, a robota jest dla sześciu. Wy się z tego śmiać nie będziecie, jak ja wam workami przestanę wozić w ogóle.

— Zadzwonię — rzucił i się rozłączył, nie mówiąc do widzenia.

Nie zadzwonił ani nazajutrz, ani dzień później. Trzeciego dnia miałem już w głowie plan, że pójdę szukać innego kontraktu, że zerwę tę umowę sam, że nie będę czekał, aż mi zrobi łaskę. Wtedy oddzwonił, wieczorem, kiedy już siedziałem przy kolacji.

— Kowalczyk, zgoda. Piętnaście procent. Ale masz mieć ludzi na miejscu, bez tego cyrku co miesiąc, bo nam się terminy sypią przez wasze rotacje.

Odłożyłem telefon i siedziałem chwilę z widelcem w ręku, nie jedząc, bo dopiero wtedy dotarło do mnie, ile mnie to kosztowało miesięcy, żeby usłyszeć jedno zdanie zgody.

Zamknąłem tamto stare ogłoszenie na pięćset złotych za dwanaście-trzynaście punktów jedną osobą. Napisałem nowe: sześćset pięćdziesiąt złotych, ale przy pełnej ekipie czterech osób na dwanaście punktów, workiem odbierają dwie osoby na raz, nie jedna. Do tego umowa zlecenie zamiast gotówki do kieszeni, bo trzej poprzedni chłopacy pytali mnie o to, a ja machałem ręką, że później to załatwimy.

Tomkowi zawiozłem kopertę osobiście, do bloku w Legionowie, tego samego, gdzie zszedł z szóstego piętra ostatni raz. Otworzył drzwi w dresie, z lodem owiniętym ścierką na kolanie. Wcisnąłem mu kopertę do ręki — pełna stawka za osiemnaście dni plus pięćset złotych od siebie.

— Co to niby jest? — zapytał, nie otwierając.

— Twoje kolano nie boli przez ciebie. Boli przez to, jak ja liczyłem na kartce w busie.

Zważył kopertę w dłoni, nic nie powiedział, tylko skinął w stronę kuchni, żebym wszedł na herbatę, i wtedy wiedziałem, że w porządku.

Kamil, ten pierwszy, który wytrzymał tylko do obiadu, zobaczył nowe ogłoszenie na grupie i napisał jedno zdanie: "To naprawdę sześciuset pięćdziesiąt i cztery osoby?" Odpisałem mu, żeby przyjechał i sam sprawdził. Przyjechał w poniedziałek, o szóstej rano, z termosem własnej kawy, i stanął przy busie razem z trzema innymi, czekając na rozładunek pierwszego kursu.

Dziś, po czterech miesiącach, Kamil sam szkoli nowych, pokazuje im, jak nosić dwa worki na raz, żeby nie obciążać jednej strony kręgosłupa, i mówi im to samo, co kiedyś powiedział mi Tomek na progu: "To nie jest robota dla trzech ludzi na jeden dzień."

Oceń artykuł
Newskey24
Warsztat brata Mateusza, dwadzieścia sześć lat