Nazywam się Bartosz Wieczorek, mam czterdzieści trzy lata i prowadzę warsztat blacharsko-lakierniczy przy ulicy Grunwaldzkiej we Wrocławiu. Teściowa, Krystyna, nazywała mnie zawsze "tym mechanikiem", jakby to było przekleństwo, a nie zawód, z którego utrzymuję rodzinę od siedemnastu lat.
Ożeniłem się z jej córką, Martą, dwanaście lat temu. Pamiętam pierwszy obiad u teściów — Krystyna postawiła przede mną talerz żurku, popatrzyła na moje dłonie, na czarne obwódki wokół paznokci, których żadne mydło nie wyszoruje do końca, i powiedziała do Marty, jakby mnie tam nie było: "Trzeba będzie kupić mu porządne rękawiczki, bo gościom przy stole ręce takie pokazywać wstyd". Marta się roześmiała, bo myślała, że to żart. Ja się nie roześmiałem.
Mąż zostawił Krystynę dla młodszej, gdy Marta miała szesnaście lat. Od tamtej pory teściowa dzwoniła do córki codziennie o osiemnastej, czasem dwa razy, i potrafiła się obrazić na tydzień, jeśli Marta nie odebrała za pierwszym razem. Na każde nasze wspólne wakacje przyjeżdżała "na trzy dni pomóc z dziećmi" i zostawała dwa tygodnie.
Warsztat odziedziczyłem po ojcu. Budynek stary, blacha na dachu łatana w trzech miejscach, ale ziemia pod nim warta była już wtedy niemało — po drugiej stronie ulicy stawiali osiedle, ceny gruntów szły w górę. Ja tam nauczyłem syna, Kacpra, jak wymienić sprzęgło w golfie, tam spędziłem połowę życia.
Rok temu ojciec zmarł. Dwa miesiące po pogrzebie przyszło pismo od komornika w sprawie zaległości, o których nic nie wiedziałem. Poszedłem sprawdzić w księdze wieczystej i wtedy się dowiedziałem — ojciec, słabnąc na zdrowiu, podpisał u notariusza pełnomocnictwo, a Krystyna przekonała go, żeby przepisał na nią czterdzieści procent udziałów w nieruchomości. W zamian za opiekę, jak twierdziła, choć ta opieka polegała na tym, że raz w tygodniu przynosiła mu rosół w słoiku i pytała, czy już napisał testament.
Kiedy zapytałem Martę, czy wiedziała, odsunęła od siebie talerz i zaczęła zbierać okruszki ze stołu do dłoni, zamiatając je w kółko, zamiast na mnie spojrzeć. Powiedziała, że mama "działała w dobrej wierze", że przecież pomagała, że powinienem być wdzięczny zamiast robić z tego aferę.
Nie zrobiłem afery. Poszedłem do notariusza, pani Haliny Sobczak, i spytałem wprost, co mogę zrobić. Powiedziała, że pełnomocnictwo jest ważne, ale mogę wykupić udziały Krystyny po wycenie rzeczoznawcy albo zaproponować spłatę w ratach, jeśli zgodzi się sprzedać swoją część. To było jedyne legalne wyjście.
Przez pół roku zbierałem pieniądze. Sprzedałem starego mercedesa W124, którego trzymałem na części, wziąłem dodatkowe zlecenia od dilera z Bielan, otwierałem warsztat o siódmej, zamykałem po dwudziestej. Kacper, mając piętnaście lat, zaczął po szkole wpisywać faktury do komputera, żebym nie musiał płacić księgowej za nadgodziny. Na lodówce w kuchni wisiał kalendarz z reklamy części zamiennych — codziennie wieczorem skreślaliśmy jeden dzień długopisem, licząc do terminu, jaki wyznaczył rzeczoznawca.
We wrześniu miałem sto dziewięćdziesiąt sześć tysięcy złotych — dokładnie tyle, ile wynosiła wartość udziałów Krystyny po wycenie. Umówiłem spotkanie u notariusza na czwartek, na dziesiątą rano.
Krystyna przyszła w futrze, choć na dworze było ponad dwadzieścia stopni, z teczką, którą trzymała pod pachą tak, jakby ktoś miał jej ją wyrwać. Usiadła naprzeciwko mnie przy biurku pani Sobczak i powiedziała, że się rozmyśliła — że czterdzieści procent to teraz za mało, że grunt zdrożał, że chce sto procent rynkowej ceny plus "odszkodowanie moralne za to, jak się z nią obchodzę".
Marta siedziała obok mnie, obracając obrączkę na palcu. W końcu, kiedy jej matka zaczęła podnosić głos, powiedziała cicho: "Mamo, dość". Krystyna zamilkła na chwilę, jakby te dwa słowa zabrały jej powietrze z płuc.
Notariusz przerwała, powiedziała, że wycena jest wiążąca zgodnie z wcześniejszą umową przedwstępną, którą Krystyna podpisała w maju — i że jeśli teraz się wycofa, Marta i ja mamy prawo dochodzić realizacji tej umowy przed sądem, co potrwa, ale się uda. Krystyna zbladła, zaczęła gorączkowo przekładać papiery w teczce, jakby szukała jakiegoś dokumentu, który wszystko odwróci. Nie znalazła.
Położyłem na biurku kopertę z przelewem potwierdzonym w PKO — sto dziewięćdziesiąt sześć tysięcy złotych, gotowe do wypłaty w dniu podpisania aktu. Powiedziałem tylko: "Krystyno, ja mam ten warsztat od ojca, nie od pani łaski. Albo pani to podpisze teraz, albo pogadamy za pół roku w sądzie, i tam pani futro nikogo nie wzruszy."
Podpisała. Długopis dwa razy wypadł jej z ręki, zanim postawiła podpis.
Trzy tygodnie później Kacper wymieniał ze mną olej w subaru klienta — leżałem pod autem, czułem ten swój zapach oleju silnikowego zmieszanego z benzyną, do którego nigdy nie przywykła — kiedy zobaczyliśmy przez okno, jak taksówka zatrzymuje się przed warsztatem. Wysiadła Krystyna, ale nie weszła do środka. Stała przy bramie i patrzyła na szyld z nazwiskiem mojego ojca, który kazałem odnowić dokładnie w tym tygodniu, w którym podpisała akt — nowe litery, świeża farba, błyszczące jeszcze w słońcu. Postała z minutę, poprawiła pasek torebki na ramieniu, potem wsiadła z powrotem do taksówki i odjechała w stronę Krzyków.
Kacper wytarł ręce w szmatę i zapytał, kto to był. Powiedziałem, że nikt ważny, i podałem mu klucz piętnastkowy.







