Nazywam się Marek Gruszewski i mam czterdzieści trzy lata. Byłem mężem Anny przez jedenaście lat, a to, co wydarzyło się w prosektorium przy ulicy Piaskowej w Olsztynie, przewróciło całe moje życie do góry nogami — chociaż nie tak, jak pewnie myślicie po tym, co ludzie później gadali po całym mieście.
Anna prowadziła warsztat samochodowy po swoim ojcu, na Jarockiej, kawałek od dworca. Ja zajmowałem się księgowością — jej i jeszcze paru innych firm w okolicy. Nie było między nami wielkiej miłości od lat, ale nie było też jawnej wojny. A przynajmniej ja tak to widziałem. Człowiek widzi tyle, ile mu pokazują.
Tamtego wieczoru, dwudziestego trzeciego września, zadzwonił do mnie Waldek, wspólnik Anny w warsztacie — a właściwie mój dawny kolega z liceum, którego sam kiedyś jej poleciłem, o czym później będę żałował do końca życia. Powiedział, że Anna miała wypadek na trasie w stronę Dobrego Miasta, że samochód zjechał z drogi i dachował kilka razy. Że nie żyje. Głos mu się łamał, ręce mi się trzęsły, kiedy zapisywałem adres kostnicy na kartce z kalendarza leżącego na kuchennym stole. W radiu akurat leciała prognoza — miało padać przez cały tydzień.
Pojechaliśmy razem, on prowadził, bo ja nie byłem w stanie. W prosektorium czekał już patolog, starszy mężczyzna, chyba po sześćdziesiątce, w okularach, które ciągle mu się zsuwały. Powiedział, że dokumentacja jest kompletna, że zaraz zacznie sekcję, że możemy zaczekać na korytarzu.
Staliśmy tam z Waldkiem może dziesięć minut. On patrzył na zegarek co chwilę, ja gapiłem się w podłogę wyłożoną tymi szarymi płytkami, jakie są we wszystkich szpitalach w Polsce. Za drzwiami z matowej szyby paliło się światło. I wtedy Waldek powiedział, że musi wejść, że chce się upewnić, że wszystko się zgadza z dokumentami — bo przecież ubezpieczyciel będzie chciał kompletny raport. Wszedł sam. Kazał mi zostać.
Teraz wiem, dlaczego.
Anna żyła. Leżała na stole, z zamkniętymi oczami, i przez te wszystkie minuty, kiedy Waldek stał obok niej i rozmawiał z lekarzem, udawała martwą, bo bała się, że jeśli się poruszy, to nie dożyje rana. Bo to Waldek zepchnął ją z drogi tamtej nocy. Nie przypadkiem. Od pół roku podrabiał faktury w warsztacie, przepisywał zamówienia na części na firmę-krzak zarejestrowaną w Ostródzie, a Anna dwa tygodnie wcześniej znalazła te papiery w segregatorze, który on zwykł trzymać zamknięty na klucz.
Kiedy stałem na korytarzu, nie miałem pojęcia o żadnej z tych rzeczy. Myślałem tylko o tym, że moja żona leży martwa za tymi drzwiami, i że jeszcze wczoraj kłóciliśmy się o rachunek za prąd, i że ostatnie słowo, jakie do niej powiedziałem, było zwyczajnym „dobranoc" rzuconym gdzieś w stronę sypialni, bez nawet spojrzenia w jej stronę.
Usłyszałem, że drzwi się otwierają. Waldek wyszedł, poprawiając marynarkę, i powiedział, że lekarz skończy raport za kilka godzin, że możemy jechać do domu, że zawiadomi mnie, jak tylko będzie coś wiadomo. Zaproponował, że mnie podwiezie. W samochodzie milczał, a ja płakałem, i wtedy — dopiero wtedy — zauważyłem, że ręce mu drżą na kierownicy zupełnie inaczej niż moje. Nie ze smutku. Z napięcia.
Patolog, pan doktor Sienkiewicz, zadzwonił do mnie po północy. Powiedział, że mam przyjechać sam, natychmiast, i żebym nikomu o tym telefonie nie mówił. Powiedział to takim głosem, że nie zadawałem pytań.
Anna siedziała owinięta w koc na krześle w jego gabinecie, blada jak te płytki na korytarzu, z filiżanką herbaty, której nie tknęła. Kiedy mnie zobaczyła, pierwsze co powiedziała, to nie „kocham cię" ani „przepraszam". Powiedziała: „Nie mów mu, że wiesz. Jeszcze nie."
Doktor Sienkiewicz wyjaśnił mi resztę. Że kiedy zbadał ją dokładniej, po tym jak Waldek wyszedł, okazało się, że obrażenia były poważne, ale nie śmiertelne — silne wstrząśnienie mózgu, złamane żebro, dużo krwi z rany na głowie, która wyglądała gorzej niż była. Ktoś w karetce popełnił błąd przy wstępnej ocenie, albo — jak podejrzewał doktor, a później to się potwierdziło — dokumentacja została celowo sfałszowana przez kogoś, kto miał dostęp do systemu w szpitalu powiatowym, zanim jeszcze trafiła do niego. Waldek miał tam znajomą pielęgniarkę. Anna od razu to skojarzyła, leżąc na tym stole i słysząc jego głos tuż przy uchu, kiedy szepnął, że zawsze kiepsko udawała.
Zgłosiliśmy sprawę na komisariat przy Kościuszki następnego dnia rano. Nie od razu — Anna się bała, że jeśli Waldek się dowie za wcześnie, ucieknie albo spróbuje jeszcze raz. Policja poprosiła, żebyśmy przez kilka dni zachowywali się normalnie. Ja miałem chodzić do biura, odbierać telefony od niego jak gdyby nigdy nic, mówić, że czekam na wyniki sekcji. Najgorsze trzy dni mojego życia — gorsze niż tamta noc w kostnicy, bo teraz wiedziałem, i musiałem to ukrywać, patrząc mu w oczy przy każdej rozmowie telefonicznej.
Piątego dnia policja zatrzymała Waldka na parkingu przy warsztacie, kiedy przyjechał, żeby zabrać dokumenty z sejfu — te same, które fałszował. Miał przy sobie teczkę z papierami na łączną sumę stu dwudziestu tysięcy złotych przelanych przez ostatni rok na konto firmy w Ostródzie, której jedynym udziałowcem był on sam pod nazwiskiem panieńskim matki.
Anna nie krzyczała na niego, kiedy się spotkali w sądzie parę miesięcy później, na rozprawie. Nie musiała. Przyniosła ze sobą teczkę — inną teczkę, swoją — z dokumentami przygotowanymi przez prawnika: wykreśleniem go ze spółki, zmianą pełnomocnictw do konta firmowego w banku, wypowiedzeniem umowy najmu boksu, który wynajmował od niej pod pretekstem magazynu na części. Podpisała wszystko przy świadku, zanim jeszcze zapadł wyrok, bo nie chciała czekać na sąd, żeby przestać płacić za coś, co już do niej nie należało.
Ja też podpisałem swój papier — rozwód, dwa miesiące później. Nie dlatego, że przestałem ją kochać. Dlatego, że przez te jedenaście lat patrzyłem na nasze małżeństwo i widziałem tyle, ile mi pokazywano, dokładnie tak jak wtedy na korytarzu w prosektorium. A Anna, kiedy już wiedziała, że przeżyje, powiedziała mi wprost, że nie chce już nikogo, kto stoi za drzwiami i czeka, aż mu ktoś powie, co się dzieje.
Ostatni raz widziałem ją w zeszłym roku, przypadkiem, na targu przy Prostej. Kupowała śliwki. Warsztat na Jarockiej wciąż nosi jej nazwisko na szyldzie, tylko litery są teraz nowe — zamówiła je zaraz po wszystkim, mówiła znajomym, że stare już się wytarły. Ja wiem, że nie o to chodziło.







