Nazywam się Wiktor Zaremba, mam sześćdziesiąt trzy lata i to ja jestem tym, którego we wsi pod Opolem nazywają "ten od kotów". Nikt tu nie zna mnie inaczej. Nawet listonosz, przywożąc emeryturę, mówi: "Panie Wiktorze, dokarmiaczu, podpisz się tu."
Zacząłem trzy lata temu, zimą, kiedy zmarła sąsiadka, pani Halina. Mieszkała sama przy ulicy Kwiatowej, w domu z czerwonej cegły, jaki mają tu prawie wszyscy. Miała dwa koty i psa, kundla o imieniu Burek. Dzieci przyjechały z Wrocławia na pogrzeb, zabrały meble, telewizor, nawet firanki zdjęły — a zwierzęta zostawiły. Powiedziały sąsiadom, że "same sobie poradzą, to zwierzęta wiejskie".
Nie poradziły sobie. Pies zdechł po trzech tygodniach, znalazłem go pod szopą. Koty zostały.
Odkąd to zobaczyłem, nie mogłem już przejść obok tego pustego domu obojętnie. Zacząłem nosić im jedzenie — najpierw resztki, potem zacząłem gotować specjalnie. Kaszę jaglaną na wodzie, bez soli, bo sól kotom szkodzi na nerki, tak czytałem w gazecie. Czasem chleb rozmoczony w ciepłym mleku. Kiedy zostanie mi parę złotych po zakupach w Biedronce, biorę im mleko — nie to najtańsze, tylko takie w kartonie z czerwoną kropką, bo słyszałem, że lepiej trawią.
Sąsiadka, pani Grażyna, kobieta zresztą dobra, tylko lubi wszystko wiedzieć lepiej, zaczepiła mnie kiedyś przy sklepie.
— Panie Wiktorze, po co pan je przyzwyczaja? Rozmnożą się, i co pan z nimi zrobi?
Wyprostowałem się wtedy, popatrzyłem na nią i powiedziałem tylko:
— One też czyjeś były, Grażynko. Ludzie po prostu wyjechali.
Poszedłem dalej, a ona stała z tą swoją siatką z zakupami i nic już nie powiedziała.
We wsi wyjechało już z dziesięć rodzin, odkąd pamiętam. Kto do Niemiec za pracą, kto do dzieci w Warszawie czy w Krakowie, kto po prostu odszedł na tamten świat. Piwonie pod oknem pani Haliny zakwitły tego lata, choć nikt ich już nie podcinał — to jedyne, co po niej zostało żywe. Zwierzę tego wszystkiego nie wie. Kot przychodzi na próg, siada i czeka. Wczoraj była tu gospodyni, głaskała po grzbiecie, nalewała do miseczki. Dziś — nikogo. I jutro nikogo. A on i tak przychodzi, bo nie umie inaczej.
Sam nie widzę w tym niczego wielkiego. Kiedy moja żona Bożena pyta, po co mi to na stare lata, wzruszam ramionami.
— Przecież nogi rozprostuję, i tyle.
Choć te nogi już nie te. Idę wolno, opierając się na lasce po zawale, który miałem dwa lata temu. Zimą, kiedy ślisko, Bożena odprowadza mnie do furtki i patrzy z okna, dopóki nie zobaczy, że doszedłem do pierwszego zakrętu. Dzieci mamy w mieście, przyjeżdżają na święta i na chrzciny wnuków. A ja co rano — po tej samej trasie, od domu do domu. Zimą w mróz, kiedy nawet psy nie chcą nosa wystawić za budę. Jesienią w błocie, kiedy kalosze grzęzną po kostki. Wiosną, gdy wszystko topnieje i cieknie zewsząd.
Aż pewnego dnia się przewróciłem.
To było w lutym, gołoledź, jakiej nie pamiętam od lat. Niosłem miskę z kaszą do domu Wesołowskich, drugiego opuszczonego domu na naszej ulicy, i noga mi się osunęła na lodzie. Upadłem tak niefortunnie, że złamałem nadgarstek. Leżałem z pół godziny na chodniku, zanim Grażyna, wychodząc po chleb, zobaczyła mnie z okna kuchni i zadzwoniła po pogotowie.
W szpitalu w Opolu, gdy już mi założyli gips, powiedziałem lekarzowi, że muszę wracać, bo koty czekają. Lekarz, młody chłopak, popatrzył na mnie jak na wariata.
— Panie Zaremba, pan ma sześćdziesiąt trzy lata i złamaną rękę. Koty poczekają.
— One nie wiedzą, że mam złamaną rękę — odpowiedziałem mu. — One tylko wiedzą, że nikt nie przyszedł.
Właśnie wtedy, w szpitalnym korytarzu, przyszła do mnie Grażyna z termosem herbaty. Powiedziała, że przez te dwa dni, kiedy leżałem, sama poszła nakarmić koty przy domu Haliny, bo widziała, że nikt inny tego nie zrobi.
— Miał pan rację — powiedziała, siadając przy łóżku. — One nie mają nikogo innego.
Od tamtej pory, kiedy nie mogłem chodzić — bo z ręką w gipsie ciężko było nosić miski — Grażyna brała ode mnie przygotowane jedzenie i sama je roznosiła. Nauczyła się która kaszka dla którego kota, który lubi mleko, a który tylko suchą karmę, bo ma problemy z żołądkiem.
Gips zdjęli mi po sześciu tygodniach. Pierwszego dnia, kiedy znowu mogłem chodzić, wyszedłem na swoją trasę o szóstej rano. Bożena stała w drzwiach i nic nie mówiła, tylko podała mi laskę i pakunek z jedzeniem, jakby to było najzwyklejsze poranne pożegnanie na świecie.
Przy furtce domu Haliny czekał na mnie czarny kot z naderwanym uchem — ten, którego karmiłem od samego początku. Usiadł na progu, tak jak zawsze, i patrzył, jak idę. Postawiłem miskę, a on podszedł bez pośpiechu, pewnie, otarł się bokiem o moją nogawkę i zaczął chłeptać mleko, cichutko, miarowo, jakby liczył krople.







