Bartek Wróblewski trzynaście lat pracował jako opiekun zwierząt w ogrodzie zoologicznym we Wrocławiu, i przez cały ten czas nikt nie sprawił mu tylu siwych włosów, co jeden konkretny samiec orangutana o imieniu Budda.
Zaczęło się w kwietniu, akurat kiedy kwitły kasztanowce przy alejce prowadzącej do pawilonu małp człekokształtnych. Bartek przyszedł na poranną zmianę, kupił po drodze kawę z automatu przy bramie głównej — za cztery złote pięćdziesiąt, pamiętał tę cenę do końca życia, bo tego dnia w ogóle jej nie wypił — i zobaczył, że wybieg Buddy jest pusty.
— Gdzie on jest — zapytał kolegę, Marka, który akurat sprzątał alejkę.
Marek wzruszył ramionami.
— A bo ja wiem. Może śpi w środku.
Nie spał w środku. Budda siedział na dachu pawilonu z papugami, jakieś sto metrów dalej, i z wielkim spokojem obierał sobie skórkę z banana, którego prawdopodobnie ukradł ze stoiska z przekąskami. W dole zbierał się już tłumek turystów, ktoś robił zdjęcia telefonem, jakaś dziewczynka krzyczała z zachwytu.
Bartek wtedy jeszcze nie wiedział, że to dopiero początek. Że przez najbliższe dwa lata Budda ucieknie z wybiegu jeszcze cztery razy, i za każdym razem dyrekcja zoo będzie musiała tłumaczyć się przed mediami, czemu małpa jest sprytniejsza od całego zespołu inżynierów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo.
Muszę przyznać jedno — Budda nigdy nie robił nic złego, kiedy już był na wolności. Chodził sobie po alejkach jak zwykły zwiedzający, zatrzymywał się przy wybiegu z lemurami, zaglądał do stawu z flamingami, raz nawet usiadł na ławce obok emerytki jedzącej kanapkę z serem — i, o dziwo, nie zabrał jej kanapki, tylko po prostu obserwował gołębie. To akurat mnie zawsze rozczulało. On nie uciekał ZE zoo. On po prostu chciał zobaczyć zoo od innej strony, tak jak my czasem chcemy zobaczyć własne mieszkanie z okna sąsiada.
Był jednak jeden wyjątek od tej spokojnej wycieczki, i tym wyjątkiem był Cezar.
Cezar, drugi samiec orangutana, mieszkał w sąsiednim wybiegu, oddzielonym od Buddy tylko fosą i siatką. Nikt do dziś nie wie, co dokładnie zaszło między nimi — może chodziło o samicę, może o hierarchię, może o coś, czego my, ludzie, po prostu nie jesteśmy w stanie pojąć w małpiej głowie. Ale kiedy tylko Budda wydostawał się na wolność, prędzej czy później kierował się w stronę wybiegu Cezara i zaczynał ciskać w niego kamieniami, kawałkami kory, raz nawet plastikową miską po karmie.
Ja osobiście musiałem to przerywać dwukrotnie. Za drugim razem stałem między nimi z wężem ogrodowym w ręku, polewając wodą, żeby Budda się cofnął — i pamiętam, że śmiał się przy tym cały autobus szkolny, który akurat wjeżdżał na parking.
Dyrekcja zareagowała tak, jak reaguje każda instytucja w Polsce, kiedy coś idzie nie tak: powołano komisję. Podniesiono mury wybiegu o metr dwadzieścia. Zamontowano dodatkowe ogrodzenie pod napięciem, zresztą na tyle słabe, że nie zrobiłoby krzywdy nawet dziecku, tylko miało odstraszać. Kazano nam, pracownikom, przebierać się w cywilne ubrania i udawać zwiedzających, żeby z ukrycia obserwować, jak dokładnie Budda wydostaje się z wybiegu.
Nic z tego nie pomogło. Budda patrzył prosto w obiektyw ukrytej kamery, jakby wiedział, że go filmujemy, po czym spokojnie znajdował inną drogę.
W końcu dyrekcja sprowadziła z Karkonoszy dwóch profesjonalnych wspinaczy skałkowych — kosztowało to zoo, o ile pamiętam, coś koło ośmiu tysięcy złotych za cały tydzień pracy — żeby ci zbadali każdy centymetr betonowej ściany wybiegu. Znaleźli to, czego szukali: mikroskopijne szczeliny w spoinach, ledwo widoczne wgłębienia, które dla ludzkiego oka wyglądały jak zwykłe niedoskonałości betonu, a dla Buddy były drabiną. Ściany wygładzono, spoiny zalano żywicą.
Tymczasem Budda zdążył już stać się kimś w rodzaju lokalnej legendy. Studenci z pobliskiej akademii sztuk pięknych namalowali na murze przy wejściu do zoo graffiti z jego podobizną. Ktoś założył na Facebooku grupę "Wolność dla Buddy", która w ciągu miesiąca zebrała ponad dwadzieścia tysięcy członków. Na Świdnickiej sprzedawano koszulki z jego portretem i napisem "Uciekłem, bo mogłem" — nie wiem, kto na tym zarabiał, ale na pewno nie zoo.
Ja patrzyłem na to wszystko z boku i, szczerze mówiąc, czułem coś w rodzaju dumy zmieszanej z irytacją. Bo z jednej strony to była moja praca, mój dział, moja odpowiedzialność — i każda ucieczka oznaczała dla mnie raport, przesłuchanie u dyrektora, pytania od dziennikarzy, na które nie miałem dobrych odpowiedzi. Z drugiej strony — nie potrafiłem się na niego złościć. Widziałem, jak on to robi. Metodycznie, cierpliwie, bez pośpiechu. Nie uciekał w panice. Sprawdzał ścianę palcami, czasem całymi dniami, zanim znalazł właściwe miejsce. To nie było zwierzę uciekające ze strachu. To było zwierzę, które po prostu chciało wiedzieć, co jest po drugiej stronie.
Piąta i, jak się okazało, ostatnia ucieczka zdarzyła się w listopadzie, kiedy już było zimno i większość turystów siedziała w domach. Budda wyszedł przez nowo wyremontowaną ścianę — nikt nie wiedział jak, bo wspinacze przysięgali, że to niemożliwe — i tym razem od razu poszedł w stronę wybiegu Cezara.
Byłem wtedy akurat na miejscu, sam, bo reszta ekipy kończyła już zmianę. Zobaczyłem go z daleka, jak stoi przy fosie, trzymając w ręku kawał cegły, którą wyrwał gdzieś spod krawężnika. Cezar po drugiej stronie zaczął się drzeć, uderzać pięściami w klatkę piersiową, cały spięty.
Nie miałem czasu wzywać nikogo. Wziąłem wiadro jabłek, które akurat niosłem do żurawi, i rzuciłem je w stronę Buddy — kilka metrów od niego, nie w niego, tylko obok. Zatrzymał się. Spojrzał na jabłka, potem na mnie, potem znowu na jabłka. Cegła wypadła mu z ręki.
Podszedł, usiadł, zaczął jeść. Ja w tym czasie zdążyłem wezwać przez krótkofalówkę ekipę z siecią i strzykawką z lekiem usypiającym, ale kiedy przyjechali, Budda już sam, bez żadnego przymusu, wrócił w stronę swojego wybiegu, jakby uznał, że przekąska była wystarczająco dobra na dziś.
Po tym incydencie dyrekcja podjęła decyzję, której nikt się nie spodziewał, a ja osobiście uważam ją za jedyną słuszną: zamiast kolejnej fortyfikacji, powiększono wybieg Buddy o dodatkowe trzysta metrów kwadratowych, dobudowano wieżę do wspinaczki wysoką na sześć metrów i przeniesiono Cezara do zupełnie innej części ogrodu, na drugi koniec terenu, gdzie oba samce nie mają już żadnego kontaktu wzrokowego ani zapachowego.
Budda odtąd nie uciekł ani razu. Nie dlatego, że nie potrafił — jestem przekonany, że gdyby chciał, znalazłby sposób nawet teraz. Po prostu przestał mieć powód.
Czasem, kiedy mam nocną zmianę i idę sprawdzić wybiegi po zamknięciu, przystaję przy jego ogrodzeniu. On siedzi wysoko na swojej wieży, patrzy w stronę miasta, w stronę świateł na moście Grunwaldzkim. Nie wiem, co wtedy myśli. Ale przestałem się bać, że znowu ucieknie. On już zobaczył to, co chciał zobaczyć.







