Zadzwoniła do mnie w piątek wieczorem, dokładnie o 21:47. Pamiętam, bo właśnie kończyłem montować regał w salonie, a na zegarku zostały mi trzy minuty do meczu. Numer nieznany. Zwykle nie odbieram, ale tego dnia coś mnie tknęło.
— Cześć, tato. Chciałam tylko zapytać, czy będziesz jutro.
Jolanta. Moja córka. Ta, która przestała dzwonić rok temu, po tym jak powiedziałem jej, że nie zamierzam przepisywać działki na jej męża.
— Będę. A co?
— Bo wiesz, mama kończy sześćdziesiąt lat. Jubileusz. Zbieramy się u niej po południu. Pomyślałam, że wypadałoby, żebyś przyszedł.
Sześćdziesiąt lat. Czyli Teresa, moja była żona, kończy właśnie tyle. Dwa lata po rozwodzie. Rok po tym, jak odebrała mi połowę warsztatu, który zakładałem jeszcze z ojcem. Po tym, jak jej adwokat wyciągnął z sądu alimenty, za które musiałem sprzedać motocykl.
— Przyjdę, — powiedziałem, zanim zdążyłem pomyśleć.
Jolka odetchnęła po drugiej stronie. Nie powiedziała „dziękuję”. Powiedziała tylko: „no to widzimy się o czwartej” i rozłączyła się. Też bez słowa.
—
Mieszkam teraz w kawalerce na trzecim piętrze w bloku bez windy, przy ulicy Długiej w Łodzi. Czterdzieści dwa metry kwadratowe, w tym balkon, z którego widać parking i osiedlowy śmietnik. Kiedyś miałem dom z ogrodem, piwnicą na wino i dwustanowiskowym garażem. Teraz mam tapczan, dwa krzesła, kuchenkę gazową i dojazd do pracy tramwajem numer 16.
Na jubileusz pojechałem autobusem. Specjalnie się nie spieszyłem, choć w środku wszystko we mnie drgało. Wysiadłem przystanek wcześniej, żeby przejść się kawałek. Zatrzymałem się przed zwykłym sklepem spożywczym i kupiłem kwiaty. Trzy białe róże, nie wiem czemu akurat trzy. Kiedyś Teresa mówiła, że nieparzysta liczba przynosi szczęście.
Drzwi otworzyła mi Jolanta. Schudła. Skróciła włosy. Na szyi miała łańcuszek, którego dałem jej na osiemnastkę, teraz z krzyżykiem, którego nie pamiętam.
— Mama się maluje. Wejdź.
Mieszkanie zmieniło się bardziej niż ja. Była żona zrobiła remont. Tam, gdzie staliśmy z ojcem i kładliśmy panele, teraz są drewniane deski. Zamiast naszego stołu dębowego, przy którym jedliśmy zupę przez piętnaście lat, stoi okrągły stolik z fornirowanym blatem. Nowe zasłony, ciężkie, beżowe, z lambrekinem. Ja bym takich nie wybrał.
— Dziadek! — krzyknął nagle ktoś mały z drugiego pokoju.
Michał. Mój wnuk. Sześć lat. Pamięta mnie jeszcze, choć przez rok nie odezwał się ani słowem. Przybiegł i rzucił mi się w nogi, a ja stałem z tymi trzema różami i nie wiedziałem, co zrobić najpierw, czy go objąć, czy oddać kwiaty.
— Zobacz, co mam! — pociągnął mnie za rękaw w stronę swojego pokoju.
Na podłodze leżały tory. Dwa komplety, jeden drewniany z tamtymi świętami, drugi plastikowy, z bajki, którego nie znałem.
— A kto ci to dał? — zapytałem, choć przeczuwałem odpowiedź.
— Michał! Wujek z ciocią. — Uśmiechnął się szeroko, dumny z nazwy, którą dla siebie wymyślił.
Wujek. Czyli ten, którego Teresa poznała po rozwodzie. Cichy gość, pracuje w banku, jeździ hybrydą. O mnie mówi się u nich „dziadek”, ale to właśnie on mieszka teraz pod jednym dachem z moją córką i wnukiem.
Zacisnąłem palce na różach i wyszedłem z pokoju.
—
Teresa zeszła do nas punktualnie o czwartej. Ciemnozielona sukienka, perły, których nie znam. Pachniała perfumami, których nie kupiłbym jej nigdy, bo są za drogie i za słodkie. Wyglądała dobrze. Nie powiedziałem jej tego. Oddałem kwiaty.
— Dziękuję, Romanie. — Przyjęła je tak, jak się przyjmuje list od niechcianej osoby. Grzecznie, ale bez uśmiechu. — To miło z twojej strony.
Potem zaczęli schodzić się goście. Przyjaciółka z pracy, sąsiadka z naprzeciwka, siostra Teresy z mężem. Wszystkich znałem, ale od czasu rozwodu nikt do mnie nie dzwoni. Podają rękę, mówią „kopę lat”, jakbym wrócił z długiego wyjazdu. „Kopę lat’”, a przecież wszyscy wiedzą, że mieszkam cztery ulice dalej.
Usiadłem przy oknie, żeby nie przeszkadzać. Michał kręcił mi się pod nogami. Pokazywałem mu, jak składać wagoniki, żeby robiły pętlę i nie spadały z torów. Proste. Ojciec nauczył mnie tego, jak miałem tyle lat co on.
I wtedy usłyszałem, jak Teresa zmienia głos. Ten ton znam nawet po remoncie.
— No, a teraz uwaga. — Klasnęła delikatnie w dłonie, aż zadźwięczała jej bransoletka. — Joluniu, masz minutę?
Jolanta weszła z kuchni z ręcznikiem w ręku. Przyniosła tacę z tartinkami. Wszystko kupne. Malutkie kanapki ze śledziem, koreczki z ogórkiem. Nic, co Teresa robiła kiedyś sama, powoli, w sobotę rano, z masłem leżącym pół godziny poza lodówką, żeby było miękkie.
— Mam ci coś. — Teresa podała córce złożoną na pół kartkę papieru. — Menu. Wszystko masz rozpisane. Zrobisz do piątej.
Jolanta rozłożyła kartkę. Patrzyłem na nią, bo najpierw patrzyłem na kartkę, a potem na nią, i mogłem zobaczyć, jak jej szczęka się zaciska. Drobny ruch. Prawie nic. Tak, jak kiedyś u mojej matki, kiedy ojciec kazał jej dokończyć obiad dla gości, chociaż miała gorączkę.
— A ty? — zapytała Jolanta cicho.
— Co ja?
— Gdzie ty w tym czasie będziesz?
Teresa zaśmiała się, jakby usłyszała żart. — Kotku, ja kończę dziś sześćdziesiąt lat. Będę z gośćmi. Nie mam zamiaru stać przy garach we własne urodziny.
W pokoju zrobiło się cicho. Słychać było, jak w kuchni tyka zegar. Taki, co to z niego wypada kukułka. Teresa zawsze chciała taki mieć, a ja, pamiętam, kupiłem go jej na piętnastą rocznicę ślubu. Wisi tu nadal. Nieużywany. Chyba tylko po to, żeby tykać.
— Ile tego jest? — Jolanta, rzeczowo, przesunęła palcem po liście.
— Szesnaście pozycji. Pierogi z kapustą i grzybami, śledź w śmietanie, kaczka z jabłkami, dwa ciasta. Nie patrz tak, to żadna filozofia. Kiedyś robiłaś to wszystko na Wigilię.
— Na Wigilię robiłam jedno ciasto. Ty robiłaś wszystko inne.
Weszła ciotka, siostra Teresy, z butelką wina. Chyba usłyszała, bo powiedziała głośno: „A gdzie tam, co to za święto bez domowej kaczki!” i od razu zrobiło się gwarno.
A ja siedziałem przy oknie i po raz pierwszy od roku widziałem, jak moja córka dorasta.
—
Jolanta wyszła do kuchni. Zostałem sam z resztą. Teresa opowiadała coś o wyjeździe do sanatorium. Nikt mnie nie słuchał, więc ja słuchałem ich, i było w tym coś znajomego. Też tak bywało na naszych spotkaniach, że gadaliśmy o wszystkim, tylko nie o sobie.
Zajrzałem do kuchni. Córka stała przy blacie i kroiła cebulę. Ręce jej latały, ale twarz miała zupełnie spokojną. Obok leżała ta kartka, a na niej menu rozpisane po kolei, każde danie z godziną.
— Pomóc ci? — zapytałem.
— Nie. Poradzę sobie.
— Jośka.
— Nie. — Odłożyła nóż. — Nie pomożesz, bo wtedy ktoś powie, że znowu mnie ratowałeś. A ja nie chcę, żebyś mnie ratował. Chcę tylko, żebyś nic nie mówił.
Stojąc tak, w tej kuchni, którą pamiętam z czasów, gdy stawialiśmy tam szafki z ojcem, nagle wszystko zrozumiałem. Moja córka już dawno nie jest tą dziewczynką, która czekała na mnie z rysunkiem, żebym ocenił, czy słońce narysowane jako kwadrat ma sens.
— Dobra. — Wytarłem ręce w ścierkę. — To ja wracam do gości.
— Zostań tutaj. Przy oknie. Żebym cię widziała.
I stałem przy oknie, jak mi kazała. Stałem tak do piątej.
—
O piątej wszystko było gotowe. Szesnaście pozycji. Jolanta ustawiła je na stole, który Teresa kupiła za odszkodowanie za mój warsztat. Podała kaczkę z jabłkami, a ciotka powiedziała: „Ho, ho, jak od mamy”. Teresa uśmiechnęła się i wzięła zasługi. Nawet nie powiedziała, że córka spędziła przy tym dwie godziny.
Wtedy podszedłem do Teresy. Wręczyłem jej małą karteczkę.
— Co to?
— Menu.
— Jakie menu?
— Na jutro. Napisałem ci, co masz mi przynieść. Do mojej kawalerki. Zrobię sobie śniadanie.
Teresa popatrzyła na mnie, potem na kartkę. — Roman, o co ci chodzi?
— O nic. Po prostu pomyślałem, że w dzień po twoim jubileuszu wypada, żebyś i ty coś zrobiła. Nie będziesz przecież stała i patrzyła, jak ja gotuję.
W kartce było jedenaście pozycji. Na przykład jajecznica z trzech jaj z pomidorami i szczypiorkiem, parówki z wody, ser biały z rzodkiewką. Wszystko dokładnie rozpisane, z ilościami i godziną podania. Ostatnia linijka brzmiała: „Na miejscu o 9:00. Nie spóźnij się”.
Masz, Michał to widział i nie zrozumiał. Pociągnął matkę za sukienkę.
— Mamo, dziadek dał babci kartkę. Ale nie przeczytał, co tam jest napisane.
Ja nie musiałem.
Teresa złożyła karteczkę na pół i schowała do kieszeni. Bez słowa. Patrzyłem, jak chodzi po pokoju, bierze kieliszek z winem, stuka w szkło, żeby wznieść toast. I dopiero wtedy powiedziała to, czego nikt oprócz mnie nie usłyszał, bo powiedziała to cicho, niby do siebie:
— Siedemdziesiąt pięć tysięcy. Tyle zapłaciłam adwokatowi, żeby tego nie musieć.
I nagle te wszystkie ostatnie lata wyglądały zupełnie inaczej. Siedemdziesiąt pięć tysięcy. Za to, żeby stać w nowym mieszkaniu z nowymi zasłonami i udawać, że nie ma już żadnego zobowiązania.
—
Wyszedłem przed zmrokiem. Bez kłótni. Uściskałem Jolantę, pocałowałem Michała w czoło, nie do końca w cel. Do drzwi odprowadziła mnie tylko ciotka, bo Teresa była w drugim pokoju, po coś jej było trzeba.
Autobusem nr 16 wracałem do domu. Pamiętam, że w kieszeni miałem bilet. Już skasowany. Taki na dziesięć minut, a jechałem dwie minuty dłużej. I nie chciało mi się go wyciągać, żeby skontrolować.
W kawalerce zdjąłem buty, położyłem się na tapczanie. Popatrzyłem na sufit. Słońce powoli zachodziło, a po nim kolejny dzień, pierwszy od dawna, w którym nie myślałem o tym, co straciłem, tylko o tym, czego jeszcze nie jestem pewien, ale co czuję, że wraca.
Nad ranem przyszła wiadomość od Jolanty.
„Nie przyjdzie. Powiedziała, żebyś nie czekał.”
Odpisałem jedno zdanie, bez kropek na końcu, bo tak piszę, gdy nie wiem, jak się kończy zdanie:
„A ja i tak zrobię jajecznicę”







