# Warsztat samochodowy po teściu, którego nie oddam
Nazywam się Robert Fijałek, mam czterdzieści dwa lata i od jedenastu prowadzę warsztat wulkanizacyjny przy Grójeckiej w Piasecznie, ten sam, który kiedyś należał do mojego teścia, Zenona. Piszę to, bo wiem, jak to wygląda z zewnątrz — zięć, który po śmierci teścia przejął firmę, a potem pokłócił się z teściową o pieniądze. Brzmi jak z telenoweli. Ale chcę powiedzieć, jak to wyglądało z mojej strony, bo nikt mnie o to nie pytał, kiedy cała rodzina już miała wyrobione zdanie.
Zenon zmarł w marcu, dwa lata temu, zawał na zapleczu warsztatu, między regałem z oponami a starym piecykiem, przy którym parzył kawę po turecku, bo nie ufał ekspresom. Warsztat zostawił formalnie na trzy osoby — mnie, żonę Anitę i jej matkę, Krystynę. Krystyna nigdy nie umoczyła rąk w smarze, ale od pogrzebu zaczęła przychodzić codziennie, siadać w biurze na krześle po mężu i mówić, co mam robić inaczej.
Nie chodziło o pieniądze na początku. Chodziło o to, że wchodziła do hali w futrze, mimo że latem tam trzydzieści stopni i zapach gumy tak gęsty, że ludzie z zewnątrz krzywią się w progu, i mówiła głośno, żebym słyszał ja i klienci: że ojciec by tak nie robił, że ojciec znał się na ludziach, że ja tylko umiem liczyć.
A ja rzeczywiście liczyłem. Bo ktoś musiał. Zenon miał serce do ludzi, ale kartkę z długami trzymał w szufladzie, którą otwierał tylko przede mną, bo się wstydził przed córką. Sto dwadzieścia tysięcy złotych zaległości u dostawcy opon z Radomia, kiedy przejmowałem firmę. Spłaciłem to w rok, bo wynegocjowałem umowę na obsługę floty busów z pobliskiej hurtowni warzyw — dwadzieścia sztuk, przegląd co kwartał, stała stawka. Krystyna nazwała to „targowaniem się jak przekupień", bo nie rozumiała, że bez tego kontraktu zamknęlibyśmy warsztat przed Wielkanocą.
Punkt zwrotny był w lipcu tego roku. Krystyna przyszła z papierami od notariusza z Konstancina i powiedziała, że chce wykupić mój udział — jedną trzecią — za dwadzieścia pięć tysięcy złotych. Warsztat wraz z działką wart był wtedy, według wyceny, którą sam zamówiłem u rzeczoznawcy, około dziewięciuset tysięcy. Jedna trzecia to trzysta tysięcy. Zaproponowała mi dwadzieścia pięć.
Zapytałem wprost, dlaczego akurat tyle. Powiedziała, że tyle jestem wart, bo beze mnie firma i tak by przetrwała, bo to nazwisko Zenona ludzie szanują, nie moje ręce. Anita siedziała obok i milczała, bo bała się matki bardziej niż chciała bronić męża. To mnie bolało bardziej niż sama kwota.
Nie podniosłem głosu. Wstałem, poszedłem do szuflady, w której Zenon trzymał segregator z fakturami, i wyjąłem z niej kopię umowy spółki, którą podpisaliśmy przed notariuszem zaraz po jego śmierci — trzy podpisy, trzy równe udziały, klauzula o prawie pierwokupu, ale też klauzula, że żaden ze wspólników nie może być zmuszony do sprzedaży poniżej wyceny rzeczoznawcy. Zenon to wymyślił, bo znał swoją żonę.
Krystyna czytała to długo, ruchem palca po linijkach, jakby liczyła, ile jeszcze może ugrać. Nic nie ugrała. Powiedziałem jej wtedy jedno zdanie, które od tamtej pory Anita cytuje mi czasem z uśmiechem: że mogę zapłacić za jej gościnność w tym biurze, ale nie zapłacę mniej niż trzysta tysięcy za coś, co jest moje z mocy prawa i z mocy roboty, jaką w to włożyłem.
Miesiąc później dostałem telefon z banku spółdzielczego w Piasecznie. Krystyna próbowała zaciągnąć kredyt pod zastaw swojego udziału, żeby mieć gotówkę na wynajęcie prawnika, który miałby podważyć umowę spółki. Bank odmówił, bo bez zgody pozostałych wspólników taki zastaw był bezwartościowy — to też Zenon zapisał w umowie.
Przyjechała do warsztatu we wtorek po południu, bez futra tym razem, w zwykłym płaszczu, i usiadła na tym samym krześle. Nie krzyczała. Zapytała, czy dam jej wypłacać dwa tysiące złotych miesięcznie z zysków spółki, bo nie stać jej na mieszkanie przy Warszawskiej, które wynajmuje od śmierci Zenona.
Odpowiedziałem, że owszem — ale nie jako łaskę, tylko jako wypłatę należnego jej udziału w zyskach, zgodnie z umową, którą sama podpisała i którą próbowała obejść. Podałem jej kartkę z wyliczeniem: przy obecnym obrocie jej trzecia część zysku netto to trzy tysiące czterysta złotych miesięcznie, nie dwa. Spojrzała na liczby, potem na mnie, i powiedziała tylko, że nie wiedziała, że warsztat tyle teraz zarabia.
Nie wiedziała, bo nigdy nie pytała o cyfry, tylko o to, kto tu rządzi. Dziś przelew idzie na jej konto pierwszego dnia miesiąca, automatycznie, z księgowości, bez mojego podpisu na każdym przelewie — tak to ustawiłem specjalnie, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że robię jej łaskę albo że ją głodzę. Przychodzi do warsztatu raz na dwa tygodnie, pyta o zamówienie opon zimowych, czasem zostawia w biurze słoik ogórków. Nie mówimy już o tym, ile jestem wart. Rozliczenia leżą w segregatorze, otwarte, na wierzchu biurka, tam gdzie kiedyś Zenon chował długi, których się wstydził.







