Notariusz z Bydgoszczy: sześćset osiemdziesiąt tysięcy złotych i jedna kartka z drukarni

Nazywam się Danuta Wiśniewska, prowadzę kancelarię notarialną przy ulicy Gdańskiej w Bydgoszczy od dwudziestu jeden lat. Tego dnia padał deszcz taki, że parasole się wywracały, a ja miałam jeszcze trzy akty do sporządzenia przed osiemnastą. Klientka umówiona na czternastą spóźniła się kwadrans — przyszła zupełnie przemoczona, w płaszczu, z którego kapało na moją wykładzinę.

Miała na imię Alicja Kubiak. Może pięćdziesiąt pięć lat, może mniej — te kobiety, które całe życie pracują fizycznie, starzeją się inaczej, twarz ma się bardziej pociętą, ale oczy zostają młode. Prowadziła piekarnię przy Placu Wolności, tę z żółtym szyldem, obok której zawsze stoi kolejka po drożdżówki z serem. Ja tam kupuję chleb od lat, ale jej nigdy nie widziałam za ladą — mówiła, że od dwóch lat siedzi w biurze, bo księgowa odeszła, a nowej nie znalazła.

Przyszła w sprawie darowizny. Chciała przepisać piekarnię — całą działalność, budynek, urządzenia, recepturę — na córkę. Zwyczajna sprawa, robię takie co tydzień. Tyle że kiedy siadła, zamiast wyjąć dokumenty, długo grzebała w torebce, jakby szukała czegoś, czego tam nie było.

— Pani Danuto — powiedziała w końcu — a mogę zapytać, ile trwa taka sprawa? To znaczy, jak szybko można to cofnąć, jakby coś poszło nie tak?

Zapytałam, co ma na myśli. Odpowiedziała, że nic, że tak tylko pyta, dla porządku. Nie naciskałam — u nas w zawodzie człowiek uczy się nie pytać dwa razy, jeśli klient nie chce mówić.

Sprawa piekarni miała swoją historię, którą znałam we fragmentach — z tego, co ludzie gadają na mieście, bo Bydgoszcz nie jest aż tak duża. Mąż Alicji zmarł jedenaście lat temu, zostawił jej dług i ten piec, który ledwo działał. Podniosła to sama, bez kredytu, bo bank jej nie chciał dać. Piekła, sprzedawała, znowu piekła. Kiedy córka, Karolina, skończyła osiemnaście lat, zaczęła pomagać — najpierw za ladą, potem przy zamówieniach, w końcu przy księgowości. Syna, młodszego, Bartka, matka wysłała na studia do Poznania, płaciła za stancję, za wszystko. Nie pracował nigdy w piekarni — mówił, że to nie dla niego, że chce robić coś w IT.

Alicja podpisała akt tamtego dnia. Piekarnia — wartość, którą sama wyceniła na sześćset osiemdziesiąt tysięcy złotych, licząc budynek, wyposażenie i markę — przeszła na córkę. Podpisała spokojnie, ręka jej nie drżała, tylko przy samym wyjściu zatrzymała się w progu i powiedziała do mnie, już właściwie do siebie:

— No i dobrze. Niech chociaż jedno z nich ma coś pewnego.

Nie wiedziałam wtedy, co to znaczy "chociaż jedno". Dowiedziałam się później, bo Alicja wróciła do mnie po czterech miesiącach — a to u notariusza rzadkość, klienci wracają zwykle tylko po kolejne pełnomocnictwo albo testament, nie po to, żeby opowiadać.

Tamtego drugiego razu przyszła bez parasola, chociaż znowu padało — jakby zapomniała, że jest jesień. Usiadła i zanim zdążyłam zapytać, w czym sprawa, zaczęła mówić.

Bartek zadzwonił do niej tydzień po darowiźnie. Nie z gratulacjami, tylko z pytaniem, dlaczego siostra dostała "wszystko", a on "nic". Alicja tłumaczyła, że przecież płaciła za jego studia, za mieszkanie, za samochód, którym jeździ do dziś — to były jego pieniądze, tylko wydane wcześniej. Powiedział, że to nie to samo, że mieszkanie w Poznaniu wynajmował, a nie kupował, że auto to używany polonez wart trzy grosze, a piekarnia to "prawdziwy majątek".

Od tamtej rozmowy dzwonił rzadziej. Na imieniny matki przysłał SMS. Na Wigilię nie przyjechał, bo "praca". Karolina próbowała łagodzić, dzwoniła do brata, tłumaczyła, że mama nie zabrała mu niczego, że po prostu wybrała inaczej rozdzielić to, co miała. Bartek odpowiedział jej, że "łatwo być hojną, kiedy oddaje się cudze".

— Ja się nie boję, że on się złości — powiedziała mi Alicja, siedząc naprzeciwko mnie, z rękami złożonymi na kolanach. — Ja się boję, że on ma rację. Że ja rzeczywiście zrobiłam różnicę między dziećmi i teraz to jest już nie do naprawienia.

Zapytałam ją wprost, po co przyszła — czy chce coś zmieniać w akcie. Powiedziała, że nie, że akt zostaje, że to nie w tej sprawie. Przyszła, bo nie miała komu tego powiedzieć — mąż nie żyje, siostra mieszka w Chojnicach i ma swoje zmartwienia, a przyjaciółki ze wsi nie zrozumieją, bo u nich się dzieli na trzy równe kawałki bez względu na wszystko.

Zapisałam jej numer i powiedziałam, żeby dzwoniła, gdyby chciała porozmawiać o czymś formalnym. Nie sądziłam, że zadzwoni szybko. Zadzwoniła po dziewięciu miesiącach, w maju.

Tym razem przyszła z Karoliną. Siadły obok siebie, matka i córka, i to Karolina zaczęła mówić, bo Alicja miała gardło ściśnięte i nie potrafiła wydusić słowa.

Bartek przyjechał do Bydgoszczy w kwietniu — pierwszy raz od Wielkanocy poprzedniego roku. Nie zadzwonił wcześniej, po prostu wszedł do piekarni w środku dnia, kiedy była kolejka, i zaczął mówić głośno, żeby wszyscy słyszeli, że siostra "wydoiła matkę", że "zagarnęła cały majątek rodziny", że matka jest już stara i nie wie, co robi, kiedy podpisuje takie papiery. Klienci stali z bochenkami w rękach i patrzyli. Karolina próbowała go wyprowadzić na zaplecze, żeby nie robić przedstawienia — złapał ją za rękaw tak mocno, że został siniak, który pokazała mi tamtego dnia, odsuwając rękaw bluzki. Fioletowy, już żółknący po bokach.

Alicja przyjechała, kiedy jej zadzwoniono — była akurat u lekarza. Zastała syna krzyczącego, że pójdzie do sądu, że "unieważni tę darowiznę", że matka nie była w pełni władz umysłowych, kiedy podpisywała. Powiedział jej to w oczy: że jest za stara, żeby decydować, co robi ze swoim majątkiem.

— Miałam sześćdziesiąt cztery lata, kiedy to podpisywałam — powiedziała Alicja, patrząc na swoje dłonie, popękane od mąki tak, że linie na skórze wyglądały jak bruzdy w cieście. — Prowadziłam wtedy piekarnię codziennie od piątej rano. Sama. On mówi, że nie byłam władz umysłowych.

Zapytałam, czy Bartek rzeczywiście złożył pozew. Karolina powiedziała, że na razie nie, że to była groźba rzucona w złości, ale że boją się, iż to zrobi — bo poszedł do adwokata, dowiadywał się. Chciały wiedzieć, czy akt można podważyć. Wytłumaczyłam im to, co wiem z zawodu: że akt notarialny sporządzony w pełnej świadomości, z zachowaniem procedury, jest trudny do obalenia, że potrzebna byłaby dokumentacja medyczna wskazująca na niepoczytalność w dniu podpisania, a takiej dokumentacji nie było, bo Alicja była wtedy zdrowa jak ryba, tylko zmęczona pracą.

To ją trochę uspokoiło. Ale widziałam, że nie o papiery tu chodzi.

— On się nawet nie zapytał, jak mi minął rok — powiedziała cicho. — Nie zapytał, czy piec się zepsuł, czy zdrowie mi dopisuje. Przyjechał tylko po pieniądze, których nie ma.

Ostatni raz widziałam Alicję Kubiak we wrześniu, dwa tygodnie temu. Zadzwoniła, że potrzebuje pilnie sporządzić dokument — pełnomocnictwo i zmianę w testamencie. Umówiłyśmy się na piątek rano, przed otwarciem kancelarii, bo prosiła, żeby nikt jej nie widział wchodzącej — "żeby Bartek się nie dowiedział za wcześnie", jak powiedziała.

Przyszła punktualnie, ubrana inaczej niż zwykle — nie w roboczy fartuch spod płaszcza, tylko w porządny żakiet, jakby szła na ważne spotkanie, a nie do notariusza, którego zna od dwóch lat. Miała ze sobą teczkę, tekturową, z gumką, taką, jakie sprzedają w każdym kiosku Ruchu za parę złotych. W teczce był wypis z księgi wieczystej piekarni, jej dowód, i kartka wydrukowana w domu — lista rzeczy, które chciała załatwić, żeby niczego nie zapomnieć, bo, jak powiedziała, "ostatnio głowa już nie ta".

Chciała dwóch rzeczy. Po pierwsze — testament, w którym mieszkanie przy ulicy Kujawskiej, jedyne co jej zostało poza już podarowaną piekarnią, zapisuje w całości Karolinie. Po drugie — oświadczenie, formalne, podpisane u notariusza, że rezygnuje z pomocy finansowej dla syna: przestaje spłacać ratę za jego samochód, którą, jak się okazało, cichcem regulowała od trzech lat, bo Bartek "miał problemy z płynnością" po tym, jak zmienił pracę. Sto dziewięćdziesiąt złotych miesięcznie, przelewem, co miesiąc, bez słowa nikomu.

— Dlaczego teraz? — zapytałam, bo miałam prawo zapytać, sporządzając taki dokument, że rozumie pani konsekwencje.

Alicja otworzyła teczkę, wyjęła tę kartkę z listą i położyła ją na blacie między nami. Papier był już trochę pomięty, jakby nosiła go w torebce dłużej, niż chciała przyznać.

— Bo zadzwonił do mnie tydzień temu — powiedziała. — I zapytał, kiedy umrę.

Nie powiedziała tego z płaczem. Powiedziała to tak, jak się mówi o pogodzie, kiedy się już wie, że deszcz i tak spadnie. Dodała, że Bartek zapytał, bo "planuje coś finansowo" i "musi wiedzieć, na czym stoi" — że sprzedawca w salonie samochodowym pytał go o zabezpieczenie kredytu, a on liczył na spadek po matce jako gwarancję.

Podpisała oba dokumenty tego dnia. Rękę miała pewną — bardziej pewną niż przy darowiźnie sprzed roku, zauważyłam to, bo w naszym zawodzie patrzy się na podpisy klientów częściej, niż by się wydawało. Kiedy skończyła, odłożyła długopis, złożyła teczkę i wstała.

— On się dowie w środę — powiedziała, już przy drzwiach. — Bank przysyła powiadomienie, że rata nie przyszła. Zawsze przychodziła piętnastego.

Zapytałam, czy zamierza mu wcześniej powiedzieć, przygotować go. Pokręciła głową.

— Niech się dowie tak samo, jak ja się dowiedziałam, że czeka, aż umrę. Bez uprzedzenia.

Wyszła z kancelarii, a ja stałam jeszcze chwilę przy oknie, patrząc, jak idzie w stronę przystanku przy Focusie — tam, gdzie tramwaj numer dwa zawraca w kierunku Placu Wolności. Nie miała parasola, ale tego dnia akurat nie padało. Szła równym krokiem, teczkę trzymała pod pachą, i nawet się nie obejrzała, kiedy koło niej przejechał czerwony tramwaj, dzwoniąc na skrzyżowaniu.

Nie wiem, co powiedział Bartek, kiedy bank oddzwonił mu w środę z informacją, że rata nie wpłynęła. Nie byłam przy tym i nie muszę być. Wiem tylko, że w naszej kancelarii leży teraz kopia dokumentu, w którym kobieta, która piętnaście lat piekła chleb o piątej rano, żeby wykarmić dwoje dzieci, zdecydowała wreszcie, komu chce dawać, a komu przestaje.

Oceń artykuł
Newskey24
Notariusz z Bydgoszczy: sześćset osiemdziesiąt tysięcy złotych i jedna kartka z drukarni