Nazywam się Kacper, mam dwadzieścia dziewięć lat i od siedmiu miesięcy mieszkam z Olą w kawalerce na Grunwaldzkiej w Poznaniu. To ja mam być tym, o którym teraz mówi się przy każdej rodzinnej kolacji. Chcę tylko opowiedzieć, jak to wyglądało z mojej strony, zanim ktokolwiek znowu powie, że się obijam.
Pracowałem w warsztacie samochodowym przy Świerkowej, blisko dwa lata. Szef, pan Waldek, płacił mi na rękę, bez umowy, bo tak mu było wygodniej przy rozliczeniach. Miałem obiecane, że po roku podpiszemy papiery. Nie podpisaliśmy. Zamiast tego dostałem dodatkowe zmiany w soboty za tę samą stawkę i awanturę za każdą pomyłkę, nawet jeśli to nie ja psułem robotę. W marcu, po kolejnej kłótni o wypłatę, powiedziałem, że dłużej tak nie będę pracował. Odszedłem. Nie z kaprysu — po prostu nie chciałem dalej być traktowany jak ktoś, kogo można oszukiwać, bo nie ma umowy, do której mógłby się odwołać.
Ola wtedy powiedziała, że mnie rozumie. Że da radę przez chwilę utrzymać nas obu, dopóki nie znajdę czegoś sensownego. Na początku szukałem. Naprawdę. Ale w Poznaniu na stanowisko mechanika bez papierów, bez świadectwa pracy z poprzedniej firmy, nikt nie chciał nawet rozmawiać. Widziałem, jak Ola liczy grosze pod koniec miesiąca, jak zostaje po godzinach w tej swojej firmie księgowej, żeby dorobić na nadgodzinach. Czułem się coraz gorzej. Nie mówiłem jej tego, bo nie umiem tak łatwo mówić o takich rzeczach — ale to wcale nie było tak, że siedziałem i się cieszyłem.
Wymyśliłem, że kurierka to rozwiązanie. Szybki zarobek, elastyczne godziny, mogłem zacząć od razu. Potrzebowałem skutera. Ola pożyczyła mi na to dwa tysiące pięćset złotych — mówię wprost, bo to jest ta liczba, która teraz wraca do mnie z każdej strony. Kupiłem używaną Hondę Dio, rocznik dziewięć lat, od gościa z Ogłoszeń na Głogowskiej. Zarejestrowałem się w aplikacji tego samego tygodnia.
Tylko że nikt mi nie powiedział, jak to naprawdę wygląda. W tygodniu zamówień było tyle, że czekałem po czterdzieści minut między jedną dostawą a drugą. Weekendy — co innego, ale weekendy akurat najczęściej chciałem mieć wolne, bo to jedyny czas, kiedy w ogóle widywałem się z kolegami. Owszem, były dni, że po prostu odpuszczałem, bo licząc paliwo i czas, wychodziło mi na minus. Może to była moja pomyłka. Ale nie siedziałem bezczynnie ze złej woli — siedziałem, bo nie umiałem tego jeszcze ogarnąć, a nikt mnie tego nie nauczył.
Teściowa — no, przyszła teściowa, pani Grażyna — przyjechała do nas we wtorek rano, bez zapowiedzi, po jakieś dokumenty Oli. Leżałem na kanapie w spodenkach, telefon w ręku. Zapytała, dlaczego nie jestem w pracy. Powiedziałem, że tego dnia nie było zleceń, więc nie ma sensu jeździć na pusto. To prawda była. Tylko że powiedziana w złym momencie, brzmi jak wymówka lenia, a nie jak ktoś, kto próbuje coś policzyć.
Tego samego tygodnia byliśmy z Olą u znajomych na grillu przy Warcie. Wypiłem dwa piwa. Ktoś zrobił zdjęcie, wrzucił na Insta, teściowa je zobaczyła. Nie wiedziała, że to Ola postanowiła, że pójdziemy — powiedziała mi wtedy: "Nie będziesz siedział zamknięty w domu w każdą sobotę, bo się przez to jeszcze gorzej poczujesz." Nie prosiłem o te piwa specjalnie. Nikt nie zrobił zdjęcia dnia wcześniej, kiedy siedziałem do jedenastej wieczorem, sprawdzając oferty pracy na trzech portalach naraz.
Kiedy przyszło pismo od administracji, że mamy pięć dni na spłacenie trzech zaległych czynszów albo się wyprowadzić, to ja się przestraszyłem najbardziej — bo wiedziałem, że to ja jestem tego przyczyną, nawet jeśli nie całą. Ola pojechała do matki. Wróciła i powiedziała, że pani Grażyna chce nas oboje widzieć, zanim da choć złotówkę.
Przyjechałem tam zły, bo czułem się jak na przesłuchaniu. Powiedziałem od razu: "Nasze sprawy finansowe to nasza sprawa." Teraz wiem, że to zabrzmiało jak obrona, jakbym miał coś do ukrycia. Ale ja po prostu nie chciałem, żeby ktoś liczył każdą naszą złotówkę jak w sądzie. Zapytała, ile dałem na mieszkanie przez ostatnie pół roku. Nie odpowiedziałem, bo… bo nie miałem dobrej odpowiedzi. Zapytała, ile oddałem Oli z tych pieniędzy na skuter. Też nic nie powiedziałem, bo nic nie oddałem — ale zamierzałem, kiedy zacznę faktycznie zarabiać, a nie kiedy dopiero raczkuję w tej robocie.
Potem powiedziała, żebym sprzedał skuter i pokrył zaległy czynsz. I to było jedyne, co mnie naprawdę poruszyło. Bo ten skuter to jedyna rzecz, która daje mi jakąkolwiek szansę, żeby stanąć na nogi. Sprzedać go teraz, kiedy dopiero zaczynam łapać rytm zleceń, to jakby ktoś mi kazał zgasić jedyne światło, które mam. Powiedziałem, że to mój jedyny sposób na zarabianie i nie oddam go. Ola mnie poparła — nie dlatego, że jest naiwna, tylko dlatego, że wie, ile mnie to kosztowało, żeby w ogóle wyjść z tamtego warsztatu i spróbować czegoś sama.
Teściowa odmówiła spłaty długu. Zaproponowała Oli powrót do domu, ale beze mnie. Ola się rozpłakała. Powiedziałem wtedy, że pani Grażyna wykorzystuje nasze kłopoty finansowe, żeby nas rozdzielić — i dalej tak uważam, chociaż wiem, że mogłem to powiedzieć inaczej, ciszej.
Dwa dni później Ola zadzwoniła do matki z inną prośbą — żeby wzięła kredyt na swoje nazwisko, bo Oli bank odmówił, bo ma już zadłużoną kartę. Tego akurat nie wiedziałem do końca. Że karta poszła nie tylko na czynsz, ale i na jedzenie, benzynę, rachunki — nasze wspólne wydatki, o których nie rozmawialiśmy szczegółowo, bo zawsze wydawało się, że jakoś to będzie.
Pani Grażyna odmówiła kredytu. Powiedziała córce, że może wrócić do niej sama, na Ratajach, dopóki się nie pozbiera. Zaproponowała dach nad głową i nowy start. Nam nic nie zaproponowała.
Zostały nam trzy dni. Zadzwoniłem do dwóch warsztatów z ogłoszenia na tablicy przy Kramarskiej. Jeden chciał mnie na próbę od poniedziałku, umowa zlecenie, stawka niższa niż u pana Waldka, ale papier na piśmie, i pięćset złotych zaliczki na start, jeśli się sprawdzę już w pierwszym tygodniu. Zadzwoniłem do administracji z pytaniem, czy da się rozłożyć zaległość na dwie części. Pani z biura powiedziała, że jeśli wpłacę połowę do piątku, drugą połowę mogę dogonić do końca miesiąca — inaczej sprawa idzie dalej. Miałem więc plan, tylko brakowało mi tysiąca złotych, żeby ten plan zaczął działać.
Wieczorem zastałem Olę w pokoju z trzema pudłami postawionymi jedno na drugim przy szafie. Owijała talerze w gazety, każdy osobno, jakby liczyła je po kolei w głowie. Zapytałem, czy jedzie na Rataje.
— Jeszcze nie wiem — powiedziała, nie przerywając zawijania. — Ale jeśli mam pakować, to pakuję teraz, żeby nie robić tego w ostatnim dniu.
Powiedziałem jej o zaliczce, o rozłożeniu czynszu na dwie części, o tym, że jeśli sprzeda się jeszcze coś — nie skuter, coś innego — to może się to złożyć. Wymieniłem konsolę do gier, którą trzymałem od trzech lat i której nie odpalałem od miesięcy. Ola odłożyła talerz, wzięła telefon i przez chwilę patrzyła w ekran, licząc coś na kalkulatorze.
— Pięćset zaliczki, trzysta za konsolę, jeśli ktoś w ogóle to kupi w dwa dni. To jest siedemset osiemdziesiąt. Brakuje jeszcze prawie dwustu — powiedziała.
Miałem odłożone dwieście złotych na paliwo do skutera na najbliższy tydzień. Powiedziałem, że dam je na czynsz, a paliwo ogarnę z pierwszych zleceń po nowej pracy, nawet jeśli to znaczy, że w pierwszym tygodniu zarobię niemal nic. Ola postawiła pudło z talerzami na podłodze, usiadła na nim i spojrzała na mnie inaczej niż przez ostatnie dni — nie z boku, kiedy przechodziła, ale prosto, czekając na coś więcej.
— To ma być na serio, Kacper. Nie na trzy dni, żeby przeczekać. Bo ja nie wrócę tu za miesiąc do tego samego.
Powiedziałem, że rozumiem. Że nie proszę jej, żeby wierzyła mi na słowo, tylko żeby dała mi te dwa tygodnie na próbę w warsztacie i zobaczyła, co z tego wyjdzie, zamiast pakować się teraz do matki, u której i tak nie ma dla mnie miejsca. Powiedziała, że zostaje, ale pudła nie rozpakuje do końca miesiąca — na wypadek, gdyby coś znowu się nie udało. Uznałem, że to sprawiedliwe.
Następnego dnia sprzedałem konsolę chłopakowi z Winograd, który przyjechał po nią autobusem i odliczył banknoty na stole w kuchni. Wieczorem zaniosłem do administracji siedemset osiemdziesiąt złotych w gotówce, resztę zadeklarowałem na koniec miesiąca, kiedy dostanę pierwszą wypłatę z nowej roboty. Pani z biura wypisała potwierdzenie i powiedziała, że eksmisja zostaje wstrzymana, dopóki spłacamy zgodnie z ustaleniem.
W poniedziałek rano wyjechałem skuterem na pierwszą zmianę do warsztatu przy Kramarskiej. Ola stała w oknie z kubkiem kawy, kiedy zapalałem silnik, i po raz pierwszy od tygodni nie odwróciła wzroku, kiedy się do niej machnąłem. Skuter zapiszczał na zimnym silniku, jak zawsze, i ruszyłem w stronę mostu.







