Zenobia budziła się o szóstej dwadzieścia. Bez budzika — organizm sam wiedział, że pora wstawać, tak jak przez czterdzieści lat wiedział, że o tej porze trzeba już być w kuchni szkoły podstawowej numer siedem w Radomiu i mieszać kaszę dla trzystu dzieciaków. Śniadanie o siódmej. O ósmej spacer — dokładnie trzydzieści pięć minut, zawsze tą samą trasą wzdłuż rzeki Mlecznej, mijając ten sam kiosk z gazetami, tego samego pana wyprowadzającego owczarka. Potem prasa, obiad, drzemka. Wszystko podług zegara.
Kiedy pochowała męża, ten rozkład stał się jeszcze bardziej sztywny. Nie z żałoby — a raczej nie tylko z żałoby. Zrozumiała jedną rzecz: dopóki istnieje rozkład dnia, ona wciąż jest kimś, kto go wykonuje. Rutyna trzymała ją w pionie tam, gdzie nic innego już nie trzymało.
Wnuczka Kasia przyjechała w lipcu — opalona, głośna, z plecakiem i wielką torbą transportową na ramieniu. Z torby dobiegało sapanie.
— Babciu — powiedziała, ledwo przekroczyła próg — to jest Kluska. Jest bardzo grzeczna.
Zenobia spojrzała na torbę. Potem na Kasię.
— A cóż to takiego?
— Jamnik. No, pies.
— Widzę, że to nie osiołek. Po co go przywiozłaś?
— Bo wiesz, babciu, nie miałam z kim go zostawić na te dwa tygodnie…
— Na balkon — powiedziała Zenobia. — Będzie mieszkał na balkonie. Koniec dyskusji.
Kasia otworzyła usta, jakby chciała zaprotestować. Zawahała się.
— No dobra. Na razie na balkonie. Na razie.
Nikt nie zwrócił uwagi na te dwa słowa. Błąd.
Kluska okazała się wydłużona, o rudawej sierści, z pyszczkiem, na którym malował się wyraz, jakby już wszystko o świecie wiedziała. Obwąchała przedpokój dokładnie, powoli, potem przeszła do pokoju, obwąchała dywan, fotel, kąt przy kaloryferze. Zenobia szła za nią i patrzyła.
Kluska zatrzymała się na środku pokoju. Spojrzała na nią — bez lęku, raczej z ciekawością. I usiadła.
— Na balkon — powtórzyła Zenobia stanowczo.
Pies się nie ruszył.
— Powiedziałam: na balkon.
Kluska ziewnęła. Szeroko, z przyjemnością.
Zenobia zrobiła krok w jej stronę. Suczka nie uciekła — po prostu wstała i spokojnie schowała się pod fotel.
Zenobia stała na środku własnego pokoju i patrzyła na fotel. Czterdzieści lat wydawania poleceń trzystu dzieciakom i całej kuchni. I zawsze działało.
Z czasem Kluska przestała jej przeszkadzać. Po prostu stała się częścią mieszkania. I obserwowała ją. Zawsze. Sadowiła się obok i patrzyła — uważnie, z lekko przekrzywioną głową, jakby słuchała.
Raz Zenobia czytała o podwyżce cen prądu i powiedziała na głos, bez zastanowienia:
— To skandal.
Kluska zaszczekała krótko. Raz.
Zenobia spojrzała znad gazety.
— Zgadzasz się?
Suczka patrzyła.
— No właśnie — powiedziała. — Skandal, i to jaki.
To była ich pierwsza rozmowa.
Tydzień później Zenobia poszła do sklepu zoologicznego. Wzięła tanią karmę — tę samą, którą przywiozła Kasia. Wrzuciła do koszyka. Potem spojrzała na sąsiednią półkę. Była tam inna karma. Droższa. Na opakowaniu napisano: „dla aktywnych psów małych ras, z jagnięciną". Wzięła ją do ręki. Odłożyła. Wzięła jeszcze raz.
Przecież ona naprawdę jest ruchliwa. Biega cały dzień.
Kupiła droższą. W domu postawiła miskę. Kluska podeszła, obwąchała i od razu zaczęła jeść — bez zwykłych podejrzliwych manewrów. Zenobia patrzyła na nią i czuła coś dziwnego. Nie dumę. Nie radość. Coś prostszego — po prostu dobrze, że je.
W środę na spacerze zatrzymał ją sąsiad, pan Tadeusz — osiemdziesiąt dwa lata, zawsze z laską i zawsze gadatliwy.
— Zenobio! Już z psem chodzicie?
— Od wnuczki — powiedziała Zenobia jak zwykle.
— Ładny piesek. Jamnik?
— Jamnik.
— Moja Halinka, świeć jej Panie nad duszą, uwielbiała jamniki — powiedział Tadeusz, siadając na ławce. — Mówiła, że są mądre. Czasem mądrzejsze od ludzi.
Zenobia milczała. Patrzyła na Kluskę — znalazła coś ciekawego pod krzakiem i pracowała nad tym z zawodową metodycznością.
— Zostawicie ją sobie? — spytał Tadeusz.
— Nie. Wnuczka zabierze w piątek.
— Będzie żal na pewno.
— Wcale mi nie będzie żal — powiedziała Zenobia. — Będzie porządek w domu.
Powiedziała to stanowczo. Ale coś w tych słowach nie pasowało. Poczuła to sama.
Kluska podbiegła, wetknęła nos w jej but. Ręka opuściła się sama — podrapała ją za uchem. Suczka przymknęła oczy.
Będzie porządek. Cisza. Czysty dywan. Spacer trzydzieści pięć minut, jedna trasa. Wszystko jak dawniej.
Nagle wyobraziła sobie bardzo wyraźnie to „jak dawniej". Mieszkanie o siódmej rano — nieruchome, bez dźwięku. Śniadanie w pojedynkę. Gazeta, o której nie ma z kim porozmawiać. Popołudnie, w którym nie ma powodu wychodzić na spacer. Cztery lata tak żyła po śmierci Mariana. I to był porządek.
Ale teraz ten obraz nie przypominał już porządku. Przypominał pustkę.
W czwartek wieczorem Kasia pakowała plecak. Kluska siedziała obok i patrzyła na przygotowania z wyraźnym niepokojem. Zenobia stała w drzwiach i obserwowała.
— Zostaw psa — powiedziała. — Ja się nim zajmę.
Cisza. Kasia uśmiechnęła się powoli. Tak, jak się uśmiecha, gdy coś wraca na swoje miejsce.
— Dobrze, babciu. Zostawiam.
Kluska zaszczekała. Krótko. Jakby stawiała kropkę.
Kasia wyjechała w piątek. Zenobia sama zniosła plecak do samochodu, nie pozwoliła jej nieść. Wnuczka przytuliła ją na klatce schodowej — mocno.
— Dzwoń — powiedziała Zenobia.
— Zadzwonię. Ty też.
— Ja nie dzwonię bez powodu.
— Babciu. Dzwoń.
Samochód odjechał. Zenobia postała chwilę na chodniku. Weszła na górę. W przedpokoju czekała Kluska.
Zenobia zdjęła buty. Powiesiła kurtkę.
— Teraz będziemy we dwie — powiedziała.
Kluska zaszczekała.
— No to dobrze.
Porządek został. Wstawanie o szóstej dwadzieścia, śniadanie o siódmej. Spacery trzy razy dziennie — to też stało się porządkiem, tylko nowym. Gazeta na podłodze w kącie — rzecz oczywista. Rano, przy śniadaniu, Zenobia czytała gazetę na głos. Sytuacja w kraju, wiadomości z osiedla, czasem prognoza pogody. Kluska siadała obok i słuchała — poważnie, z głową przechyloną lekko w prawo.
Wieczorami Kluska wskakiwała jej na nogi. Zenobia gasiła światło. Suczka oddychała miarowo. Zenobia leżała i słuchała tego oddechu.
Cisza. Ale nie pustka. To była ogromna różnica.
Minęły dwa lata. Kasia dzwoniła co niedzielę o osiemnastej, punktualnie, jakby też przejęła po babci ten zmysł godzin. Kluska posiwiała trochę wokół pyszczka, przestała gonić gołębie tak zapamiętale jak kiedyś, ale wciąż siadała przy stole podczas czytania gazety, wciąż przechylała głowę w prawo.
Pewnego wtorku w marcu, kiedy za oknem topniał brudny śnieg, a z telewizora leciał powtarzany po raz setny program śniadaniowy, Zenobia wróciła ze spaceru i zauważyła, że Kluska nie wybiegła jej na spotkanie do przedpokoju. Leżała w swoim koszu, przy kaloryferze, i tylko uniosła głowę.
Zenobia uklękła obok. Wzięła miskę wody, postawiła bliżej. Suczka polizała jej dłoń — raz, ospale — i znów opuściła łeb na koc.
Zenobia zadzwoniła do weterynarza tego samego dnia, nie czekając na niedzielę ani na żaden ustalony termin. Doktor Wrona, ten sam, do którego chodziła od lat, obejrzał Kluskę długo, osłuchał, powiedział wprost: serce, wiek, nic nagłego, ale trzeba zwolnić spacery, dodać leki, i że to już nie potrwa latami.
Zenobia wysłuchała, zapłacił za wizytę, wróciła do domu z pudełkiem tabletek i przez całą drogę myślała o jednym: że rozkład dnia, ten sam, który trzymał ją w pionie po śmierci Mariana, teraz trzeba będzie zmienić dla kogoś innego. I że zrobi to bez wahania.
Zmieniła trasę spacerów na krótszą, płaską, bez schodów nad rzeką. Zaczęła nosić Klusce wodę na balkon, choć suczka od dawna już tam nie sypiała. Kupiła koc elektryczny do jej kosza. Zadzwoniła do Kasi i powiedziała to bez owijania w bawełnę:
— Twój pies choruje. Serce. Powinnaś wiedzieć.
Kasia przyjechała w najbliższy weekend, mimo że w pracy miała pilny projekt. Usiadła na podłodze przy koszu, głaskała Kluskę po grzbiecie, milczała długo. Potem spojrzała na babcię.
— Babciu, może… może ją zabiorę? Do Warszawy? Będzie jej wygodniej, jest u mnie winda, nie musi chodzić po schodach.
Zenobia postawiła czajnik na gaz. Odpowiedziała, nie odwracając się od kuchenki:
— Nie. Ona zna ten dom. Zna moje kroki, zna godziny. Jeśli ją teraz zabierzesz do obcego mieszkania, w jej wieku, z tym sercem — to jej nie pomożesz, tylko przestraszysz. Zostaje tu. Ja się nią zajmę. Tak jak się zajmowałam cały czas.
Kasia chciała się sprzeciwić, otworzyła usta — i zamknęła. Bo zobaczyła coś w twarzy babci, czego nie widziała od dawna: pewność, która nie znosiła dyskusji, ale tym razem nie chłodną, tylko taką, jaka bywa u kogoś, kto wie dokładnie, co robi i dlaczego.
Wyjeżdżając w niedzielę wieczorem, Kasia zostawiła na stole kopertę z pieniędzmi — na leki, na wizyty u weterynarza. Zenobia odprowadziła ją do samochodu, wróciła, otworzyła kopertę, przeliczyła: sześćset złotych. Odłożyła do szuflady w kredensie, obok książeczki oszczędnościowej. Nie po to, żeby oddać. Po to, żeby wiedzieć dokładnie, ile jeszcze zostało, kiedy przyjdzie kolejna wizyta.
Przez następne miesiące Zenobia prowadziła zeszyt — zwykły, w kratkę, kupiony w kiosku obok apteki. Zapisywała w nim daty wizyt u doktora Wrony, nazwy leków, godziny podawania tabletek. Robiła to tak samo skrupulatnie, jak kiedyś prowadziła zeszyt wydawania obiadów w szkolnej stołówce. Bo wiedziała: dopóki jest zapis, dopóki jest rozkład — nic się nie rozsypie.
Kluska dożyła jesieni. Zenobia siedziała przy niej ostatniej nocy na podłodze, owinięta w koc, z zeszytem otwartym na kolanach, choć nic już nie musiała w nim zapisywać. Rano zadzwoniła do doktora Wrony. Potem zadzwoniła do Kasi.
Pochowała Kluskę pod jabłonią na działce, tej samej, którą kiedyś uprawiał z nią Marian. Postawiła mały kamień, sama, bez niczyjej pomocy, choć sąsiad z dołu proponował, że pomoże nieść.
Rozkład dnia został. Wstawanie o szóstej dwadzieścia, śniadanie o siódmej, spacer o ósmej — tą samą trasą, choć teraz krótszą, tą płaską, którą wydeptała dla Kluski w jej ostatnim roku. Gazeta przy śniadaniu, czytana już na głos tylko dla siebie. Ale w kącie pokoju wciąż stał kosz z kocem elektrycznym, którego Zenobia nie ruszyła. I zeszyt w kratkę wciąż leżał w szufladzie kredensu, obok książeczki oszczędnościowej — nie po to, żeby o czymś zapominać, tylko po to, żeby pamiętać, że przez dwa lata ktoś czekał na jej kroki w przedpokoju.







