Krystyna Wardęga wytarła stół w kuchni po raz trzeci, chociaż blat i tak błyszczał. Za oknem, na Bemowie, sąsiad wyprowadzał psa – tego samego kundla, który od trzech lat szczekał na listonosza o ósmej rano co do minuty. Telewizor w salonie mamrotał poranne wiadomości, których nikt nie słuchał. Krystyna zerknęła na zegarek: dziewiąta czterdzieści. Za dwie godziny miała jechać do szpitala na Banacha, do córki.
Bożena leżała tam już jedenasty dzień. Zapalenie płuc, powikłane czymś, czego lekarze na razie nie chcieli nazwać wprost, tylko mówili "obserwujemy". Krystyna dzwoniła do niej dwa razy dziennie, rano i wieczorem, i za każdym razem Bożena odpowiadała tym samym, zbyt pogodnym głosem: "Mamo, wszystko gra, może w piątek mnie wypuszczą". Krystyna wyprała już pościel i kołdrę, przewietrzyła pokój córki, kupiła świeże poszewki w kwiatki, bo Bożena zawsze lubiała takie. Robiła to wszystko z uporem człowieka, który wierzy, że jeśli dom będzie gotowy, to i choroba się cofnie z grzeczności.
Telefon zadzwonił o dziesiątej piętnaście. Nie Bożena. Marek.
Zięć dzwonił rzadko i tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebował – to Krystyna wiedziała po jedenastu latach jego małżeństwa z jej córką jak własne imię. Głos miał tym razem gładki, prawie zbyt uprzejmy.
– Krystyno, dzień dobry. Jak Bożenka się czuje?
– Trzyma się. A ty co porabiasz, że dzwonisz z samego rana?
– No właśnie w tej sprawie… Chciałem pogadać, zanim wróci do domu. Żeby jej niepotrzebnie nie stresować.
Krystyna usiadła. Coś w tym "zanim wróci" zabrzęczało jak pęknięte szkło.
– Słucham.
– Chodzi o warsztat. Ten po ojcu Bożeny.
Warsztat samochodowy przy Górczewskiej – trzy stanowiska, kanał, lakiernia, dwadzieścia lat pracy Ryszarda Wardęgi, zanim serce mu wysiadło pięć lat temu na środku hali, z kluczem nasadowym w ręku. Bożena odziedziczyła go razem z matką, w częściach równych, ale to ona prowadziła księgowość i pilnowała mechaników, bo Krystyna nigdy się na tym nie znała. Marek pomagał – najpierw z doskoku, potem coraz bardziej, aż w końcu to on rozmawiał z klientami i podpisywał faktury.
– Co z warsztatem, Marek.
– Rozmawiałem z notariuszem. Trzeba to jakoś uporządkować prawnie, bo formalnie ja tam pracuję, ale nic do mnie nie należy, a to nienormalne po tylu latach. Pomyślałem, że najprościej byłoby, żebyście z Bożeną przepisały udziały na mnie. Papierowo. Żeby firma miała jednego właściciela, tak jest czyściej dla ZUS-u, dla urzędu skarbowego…
– Bożena jest w szpitalu.
– No właśnie dlatego teraz, mamo. – Powiedział to "mamo" po raz pierwszy w życiu i Krystyna poczuła, jak jej się żołądek ściska. – Zanim wróci zestresowana. Załatwimy formalności, a jak wyjdzie, to już będzie miała spokój.
Krystyna nic nie odpowiedziała od razu. Za oknem sąsiadka wieszała pranie, prześcieradło łopotało jak żagiel. Krystyna pomyślała o Ryszardzie, o tym, jak przychodził do domu z rękami czarnymi od smaru, jak mył je szczotką przy zlewie dziesięć minut, zanim usiadł do obiadu. Warsztat był ostatnią rzeczą po nim, która jeszcze oddychała.
– A jak Bożena się nie zgodzi?
– Krystyno, no przecież to i tak w rodzinie zostaje. – W głosie Marka pojawiła się nutka zniecierpliwienia, ta sama, którą Krystyna słyszała, gdy przy niedzielnym obiedzie ktoś zbyt długo szukał pilota. – Poza tym… szczerze mówiąc, lekarze mówili co innego, niż Bożenka pani powtarza. Ja byłem na rozmowie z doktorem Kwiatkiewiczem. Rokowania nie są tak różowe, jak ona to przedstawia.
Krystyna złapała za oparcie krzesła.
– Co to znaczy "nie są różowe"?
– To znaczy, że trzeba myśleć realnie, a nie… – urwał, jakby sam usłyszał, jak to zabrzmiało. – Po prostu chcę mieć wszystko poukładane, żeby nikt się potem nie szarpał. Dla dobra rodziny.
Rozmowa skończyła się jakoś, Krystyna nawet nie pamiętała jak, tylko że odłożyła telefon i długo patrzyła na niego, jakby to on był winny. Potem zadzwoniła do doktora Kwiatkiewicza – nie przez sekretariat, tylko złapała go po prostu na korytarzu, kiedy w końcu dotarła na Banacha o dwunastej trzydzieści, zamiast po południu.
Doktor spojrzał na nią znad okularów, zdziwiony.
– Pani Wardęga, córka ma się dobrze. Antybiotyk zadziałał, płuco się czyści, w piątek albo w sobotę wypisujemy. Zapowiadałem to zresztą jej mężowi wczoraj, kiedy przyszedł po informację.
– On mówił co innego.
Kwiatkiewicz tylko uniósł brwi, w sposób, który mówił więcej niż jakiekolwiek zdanie.
Bożena leżała w czteroosobowej sali, przy oknie, w piżamie w drobne kwiatki, którą Krystyna sama jej uszyła jeszcze przed operacją wyrostka pięć lat temu. Wyglądała lepiej niż przez telefon – miała rumieńce, siedziała, nie leżała. Krystyna usiadła na brzegu łóżka i, zanim córka zdążyła się przywitać, powiedziała wprost:
– Marek dzwonił dziś rano. Chce, żebyś przepisała na niego udziały w warsztacie. Zanim wrócisz do domu.
Bożena zamilkła na chwilę, dłużej, niż Krystyna by chciała.
– On już o tym ze mną gadał. Dwa dni temu. Przyniósł mi jakieś papiery do podpisu, powiedział, że to formalność podatkowa.
– I co zrobiłaś?
– Podpisałam pierwszą stronę. Byłam po kroplówce, głowa mi ciążyła, chciałam mieć spokój. – Bożena spuściła oczy na koc. – Ale drugiej strony nie doczytałam. Coś mi nie dawało spokoju.
Krystyna wstała, poszła do dyżurki, wypożyczyła od pielęgniarki długopis i kartkę, i spisała wszystko, co Bożena pamiętała z tych dokumentów – nazwę kancelarii, nazwisko notariusza, datę spotkania. Potem zadzwoniła do siostrzeńca, Tomka, który skończył prawo trzy lata temu i pracował w kancelarii przy placu Bankowym.
Tomek oddzwonił po dwóch godzinach.
– Ciociu, sprawdziłem u tego notariusza z podanej wam nazwy. Marek złożył wniosek o pełnomocnictwo z podpisem Bożeny na drugiej stronie, żeby móc samodzielnie sprzedać połowę udziałów firmie leasingowej z Ożarowa. Za dwieście osiemdziesiąt tysięcy złotych. Gotówką w ciągu dziesięciu dni od podpisania aktu.
Krystyna stała w korytarzu szpitalnym, obok automatu z kawą, i przez chwilę nie mogła złapać oddechu.
– On chciał sprzedać warsztat po Ryszardzie.
– I to bez wiedzy Bożeny co do szczegółów. Ciociu, ta druga strona to pełnomocnictwo notarialne, nieodwołalne przez rok. Gdyby Bożena go podpisała do końca, Marek mógłby zrobić z tym udziałem, co by chciał, bez pytania nikogo.
Wróciła na salę. Bożena czekała, z rękami splecionymi na kocu, i już po samej minie matki zrozumiała, że coś jest nie tak.
– Mów.
Krystyna powiedziała. Wszystko, bez owijania w bawełnę – o pełnomocnictwie, o kwocie, o firmie z Ożarowa, o dziesięciu dniach. Bożena słuchała, nie przerywając, tylko jej palce zaciskały się coraz mocniej na brzegu koca, aż knykcie zbielały.
– On mówił lekarzowi, że rokowania są złe. Żeby mama się spieszyła.
– Wiem.
– Jedenaście lat, mamo. – Głos Bożeny się załamał, ale nie z żalu, tylko z czegoś twardszego. – Podaj mi telefon.
Zadzwoniła do Marka od razu, na głośnomówiącym, żeby Krystyna słyszała.
– Kochanie! – Marek brzmiał, jakby czekał na ten telefon z otwartymi ramionami. – Jak się czujesz?
– Świetnie. Wypisują mnie w piątek, tak jak mówiłam. Doktor Kwiatkiewicz jest zdziwiony, że przekazałeś mu inną wersję.
Cisza po drugiej stronie trwała dokładnie tyle, ile trzeba, żeby wszystko wybrzmiało.
– Bożenko, ja tylko…
– Ta druga strona pełnomocnictwa. Sprzedaż udziałów firmie z Ożarowa za dwieście osiemdziesiąt tysięcy. Miałeś mi o tym powiedzieć, czy to też miało poczekać, aż będę martwa albo za słaba, żeby czytać drobny druk?
Marek nie odpowiedział od razu. Kiedy się odezwał, głos miał już inny, cieńszy.
– To była okazja, taka szansa się nie powtórzy, chciałem to załatwić, zanim…
– Zanim co.
Rozłączyła się, nie czekając na koniec zdania.
W piątek Bożena wyszła ze szpitala o jedenastej, w tej samej płóciennej kurtce, w której ją tam przywieziono. Zamiast do domu na Chomiczówce, gdzie mieszkała z Markiem, kazała matce jechać prosto do kancelarii notarialnej przy Marszałkowskiej, tej samej, w której podpisała pierwszą stronę dokumentu. Tomek już tam na nie czekał, z teczką pod pachą.
Notariusz, starszy mężczyzna o zmęczonych oczach, wysłuchał sprawy i pokiwał głową bez zdziwienia – widocznie nie pierwszy raz słyszał coś takiego.
– Pełnomocnictwo nie zostało jeszcze zarejestrowane w pełni skutecznie, bo brakowało podpisu na trzeciej stronie – oświadczenia woli. Może pani je unieważnić w tej chwili, formalnym oświadczeniem.
Bożena podpisała odwołanie pełnomocnictwa własnym imieniem i nazwiskiem, wyraźnie, litera po literze, jakby chciała, żeby atrament wsiąkł głębiej niż zwykle. Potem, tego samego dnia, razem z matką i Tomkiem pojechała do warsztatu przy Górczewskiej. Marek stał w hali, w kombinezonie roboczym, z kluczem nasadowym w ręku – dokładnie tak, jak stał kiedyś jego teść, tylko bez tamtej pewności w ruchach.
Bożena położyła na masce samochodu, który akurat naprawiał, kopię unieważnionego pełnomocnictwa i wypowiedzenie mu upoważnienia do reprezentowania firmy przed klientami i bankiem.
– Od poniedziałku księgowość prowadzi Tomek, dopóki nie znajdę kogoś na stałe. Ty możesz tu dalej pracować jako mechanik, na etacie, jak każdy inny. Ale nic więcej nie podpisujesz w moim imieniu. Nigdy.
Marek otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć o rodzinie, o jedenastu latach, o tym, że przecież robił to dla nich. Ale Bożena już się odwróciła i szła do samochodu matki, zostawiając go samego przy podniesionej masce, z kluczem w dłoni i papierem, który nic już nie był wart.







