Pracuję w tej przychodni jako rejestratorka już jedenaście lat, więc widzę wszystkich, którzy tu sprzątają, wchodzą i wychodzą, zanim jeszcze zdąży się otworzyć okienko. O szóstej trzydzieści rano w Świebodzinie na korytarzu przychodni pachnie zawsze tak samo — chlorem i tanią kawą z automatu, który psuje się raz w miesiącu. Tego dnia kończyłam nocną zmianę i czekałam tylko na zmiennika, kiedy do środka weszła pani Halina z wiadrem i mopem, w foliowym fartuchu zawiązanym w pasie.
Znałam ją tylko z widzenia — pięćdziesiąt trzy lata, mieszka na Bibersteina, mąż pracował kiedyś w tartaku, który zamknęli cztery lata temu. Firma sprzątająca, która obsługuje naszą przychodnię, zatrudniła ją trzy miesiące wcześniej. Stawka: dwa tysiące dwieście złotych na rękę, sześć dni w tygodniu, umowa zlecenie. Kierowniczka zmiany, pani Renata, lubiła powtarzać przy każdej okazji, że „jak będzie dobrze sprzątać, to może się coś doda do wypłaty" — nigdy nie sprecyzowała ile i kiedy.
Tego ranka pani Halina stanęła przy moim okienku i poprosiła o kubek gorącej wody, bo termos zostawiła w domu. Podałam jej kubek — ten sam, wyszczerbiony, z logo starej apteki, który stoi u nas na parapecie od lat, bo nikt go nie wyrzucił. Wsypała do niego torebkę taniej herbaty z własnej kieszeni fartucha.
— Znowu szóstka dziś? — zapytałam, bo wiedziałam, że w niedziele też przychodzi.
— Szóstka. Mąż mówi, że za dwa dwieście to lepiej siedzieć w domu i pilnować kur.
Nie odpowiedziałam nic, bo nie moja sprawa, ale zapamiętałam ten ton — nie żalu, tylko takiego zmęczonego uporu, jakby powtarzała komuś to zdanie codziennie i już jej się nudziło się bronić.
Przez kolejne tygodnie widywałam ją regularnie: myła podłogi na korytarzu onkologii, potem gabinety zabiegowe, na końcu toalety. Nigdy się nie spóźniała. Raz zapytałam ją wprost, czy to jej odpowiada, czy tylko musi.
— A co, mam siedzieć i czekać, aż ktoś mi zapłaci za nic? — odpowiedziała, wyciskając mopa nad wiadrem tak mocno, że aż jej się ścięgna na przedramieniu napięła. — Osiem lat temu skończyłam kurs krawiecki, myślałam, że będę szyła w zakładzie u Kowalskiej. Zakład zamknęli, jak wszystko tu zamykają. Dwa dwieście to nie fortuna, ale to moje dwa dwieście, nie pożyczone od nikogo.
Renata, kierowniczka firmy sprzątającej, przyjeżdżała raz w tygodniu na kontrolę — srebrny opel corsa, teczka z listą kontrolną, perfumy wyczuwalne jeszcze przy drzwiach wejściowych. Ostatnim razem, kiedy byłam świadkiem takiej wizyty, stanęła przy dyżurce i powiedziała do Haliny, nie patrząc jej właściwie w oczy, tylko na listę:
— Pani Halino, w gabinecie trzy znowu smugi na podłodze. Trzeba uważać, bo umowy się nie przedłuża automatycznie.
Halina nie odpowiedziała, tylko wzięła ścierkę i poszła poprawić. Ja stałam za ladą i patrzyłam, jak Renata wsiada do samochodu i odjeżdża, zostawiając za sobą zapach perfum i pustą obietnicę premii, o której nikt więcej nie wspominał.
Sprawa nabrała innego wymiaru, gdy pod koniec miesiąca przyszła wypłata — a raczej nie przyszła w pełnej wysokości. Halina dostała tysiąc osiemset zamiast dwóch dwustu, bo firma potrąciła jej „koszty środków czystości", o których wcześniej nikt nie wspominał w umowie. Widziałam, jak stała przy bankomacie obok przychodni, patrząc w telefon z aplikacją banku otwartą na ekranie, i liczyła coś na palcach drugiej ręki.
Następnego dnia przyniosła ze sobą szarą kopertę z umową zlecenie, którą firma dała jej przy podpisaniu, i poprosiła mnie, żebym zrobiła jej kserokopię na naszej ksero w rejestracji — bo w domu drukarki nie mają. Zauważyłam, że w tej umowie rzeczywiście nie było ani słowa o potrąceniach za środki czystości, za to widniał paragraf o miesięcznym okresie wypowiedzenia.
Wieczorem tego samego dnia, już po moim czasie pracy, zeszłam do bufetu po colę z automatu i zobaczyłam ją siedzącą samą przy stoliku z tą kopią umowy rozłożoną przed sobą, obok telefonu i długopisu pożyczonego chyba od pielęgniarki z drugiego piętra. Nie podeszłam, bo nie moja sprawa była się wtrącać, ale zerknęłam po drodze — zakreśliła sobie ten paragraf o wypowiedzeniu czerwonym długopisem.
Trzy dni później Renata znowu przyjechała na kontrolę, tym razem niezapowiedzianą. Weszła prosto do gabinetu, gdzie Halina myła parapet, i zaczęła coś mówić o nowej liście obowiązków, o dodatkowym piętrze do sprzątania za tę samą stawkę, bo „firma ma teraz mniej ludzi". Halina odłożyła ścierkę na parapet, spokojnie, bez pośpiechu, i powiedziała, że chce rozmawiać nie na korytarzu, tylko w biurze, przy świadku.
Poszły do małego pokoju socjalnego przy rejestracji, drzwi zostawiły uchylone — może przez przypadek, może nie. Słyszałam stamtąd fragmenty: Halina pytała, dlaczego w umowie nie ma zapisu o potrąceniach, które jednak pojawiły się na pasku wypłaty; mówiła, że ma kopię umowy i zdjęcie paska wypłaty zrobione telefonem, i że pójdzie z tym do Państwowej Inspekcji Pracy w Zielonej Górze, jeśli różnica nie zostanie zwrócona do piątku. Renata próbowała zbić to na "nieporozumienie księgowe", ale głos jej się łamał inaczej niż zwykle — bez tej pewności, z jaką rozdawała uwagi o smugach na podłodze.
W piątek, kiedy przyszłam na zmianę, zobaczyłam Halinę przy okienku z kopertą w ręku — tą samą, w której firma zwykle wypłacała pensje gotówką dla tych bez konta, choć ona akurat konto miała. W kopercie było czterysta złotych — różnica, o którą walczyła, plus jakieś wyrównanie za nadgodziny z poprzedniego miesiąca, których wcześniej nikt nie liczył.
Nie widziałam więcej Renaty na naszym korytarzu — podobno firma przydzieliła innego kierownika zmiany do naszej przychodni, bo klient, czyli nasz dyrektor placówki, po cichu poskarżył się na "problemy z rozliczeniami" przy odnawianiu kontraktu ze spółką sprzątającą.
Halina nadal pracuje sześć dni w tygodniu, nadal ma dwa dwieście na umowie, plus to jednorazowe wyrównanie, którego się domagała. Widuję ją codziennie rano przy tym samym wyszczerbionym kubku z apteczną nalepką, z torebką herbaty z własnej kieszeni. Ostatnio, podając jej wrzątek, zapytałam, czy mąż dalej powtarza to swoje o kurach.
— Powtarza — powiedziała, mieszając herbatę łyżeczką pożyczoną z bufetu. — Ale teraz to ja mu mówię, że jak chce, to niech sam poszuka roboty za dwa dwieście plus dodatek, którego się nie wstydzę wziąć, bo się o niego upomniałam papierem, nie płaczem.
Wzięła wiadro i poszła w stronę korytarza onkologii, tak jak co dzień o tej porze.







