Grzegorz Duda miał trzydzieści jeden lat, gdy po raz piąty usłyszał to samo słowo. Nie.
Pracował wtedy w dziale badawczym dużej wrocławskiej firmy elektronicznej — nazwijmy ją Elektromont, bo prawdziwa nazwa i tak nic już nikomu nie powie. Firma produkowała kasy fiskalne i sterowniki przemysłowe, miała porządne laboratorium na Krzykach, kantynę z pierogami we wtorki i dyrektora technicznego, który wierzył w jedno: klient kupuje to, czego już potrzebuje, a nie to, o czym jeszcze nie wie.
Grzegorz w tym laboratorium czuł się jak w domu. Lubił zapach lutowia, brzęczenie oscyloskopu, tablicę korkową obwieszoną schematami. Nie marzył o własnej firmie. Marzył o tym, żeby zbudować coś dobrego i zobaczyć, jak działa.
W garażu przy ulicy Kamieńskiego, w bloku z wielkiej płyty, gdzie zimą kaloryfer ledwo grzał, a sąsiad z góry codziennie o dwudziestej trzeciej puszczał to samo radio, Grzegorz składał własną płytkę. Mikroprocesor, klawiatura z rozebranej maszyny do pisania, stary telewizor Neptun jako monitor. W marcu osiemdziesiątego trzeciego roku nacisnął klawisz — i na ekranie pojawiła się litera.
Dziś to nic. Wtedy komputer kojarzył się z halą pełną szaf wielkości szafy ubraniowej, z uczelnią, z zakładem przemysłowym, z człowiekiem w białym kitlu, który wie, co robi. Grzegorz siedział na betonowej podłodze garażu, opierał plecy o chłodnicę samochodu sąsiada i patrzył na tę literę tak długo, że zabolały go oczy. Widział w tej płytce coś, czego nikt inny jeszcze nie widział: maszynę, która mogłaby stać na kuchennym stole w każdym mieszkaniu.
Poszedł z tym do dyrekcji Elektromontu. Uczciwie, bo tak było u niego przyjęte — najpierw firmie, w której pracuje. Odmówili. Poprawił projekt, zredukował koszt podzespołów, wrócił. Odmówili drugi raz. Trzeci raz przyniósł prototyp działający na żywo, pokazał, jak wpisuje się tekst i zapisuje na taśmie magnetofonowej. Odmowa. Czwarty raz zaproponował, że sam sfinansuje pierwszą partię, firma miałaby tylko sprzedawać. Odmówili.
Piątego razu Grzegorz nie zapomniał do końca życia.
Wezwano go do gabinetu na trzecim piętrze, tego z widokiem na parking i kasztanowiec, który sekretarki nazywały „pokojem nagany”. Dyrektor techniczny nie wstał zza biurka. Podał mu kartkę — nie list, tylko notatkę służbową, odbitą przez kalkę, jeszcze wilgotną od maszyny do pisania. Grzegorz trzymał ją tak, że fioletowy druk odbił mu się na palcach.
— Brak zapotrzebowania rynkowego — przeczytał na głos, bo chciał usłyszeć, jak to brzmi.
— Panie Grzegorzu, my tu produkujemy kasy fiskalne dla sklepów, nie zabawki dla dzieci — powiedział dyrektor, wystukując długopisem rytm na blacie. — Niech pan to zostawi i wraca do swojej pracy. Za dwie godziny mamy odbiór sterownika dla huty.
Grzegorz złożył kartkę na pół, potem jeszcze raz, aż zrobiła się gruba jak pudełko od zapałek, i schował ją do kieszeni marynarki. Zjechał windą, minął kantynę, gdzie akurat rozkładano pierogi na blachy, wyszedł na parking i stał tam z rękami w kieszeniach, dopóki nie przestało mu być zimno.
Obok Grzegorza, w tym samym bloku, mieszkał jego kolega ze studiów — Marek Sobieraj, o dwa lata młodszy, z zupełnie inną głową do rzeczy. Marek nie widział w płytce projektu inżynierskiego. Widział w niej towar.
— Ty chcesz to rozdawać kolegom z klubu radioamatorów — powiedział mu kiedyś przy herbacie, patrząc, jak Grzegorz rysuje kolejny schemat na serwetce. — A ja mówię: sprzedajmy to.
Żeby zebrać pieniądze na pierwszą serię, obaj sprzedali to, co mieli najcenniejszego. Marek — swojego malucha, fiata 126p, kupionego rok wcześniej za oszczędności z dorywczych zleceń. Grzegorz — kalkulator programowalny, jedyny prawdziwie drogi sprzęt, jaki posiadał, przywieziony przez znajomego z zagranicznej delegacji. Razem uzbierali coś w granicach czterystu pięćdziesięciu tysięcy starych złotych — sumę, za którą można było wtedy kupić niewielkie mieszkanie na raty.
Latem osiemdziesiątego trzeciego zarejestrowali spółkę cywilną. Nazwali ją po prostu Mikrotech. Pierwszym produktem była płytka, którą Elektromont odrzucił pięć razy.
Sklep elektroniczny przy placu Grunwaldzkim miał wystawę zastawioną lampami radiowymi i pordzewiałymi żelazkami do prasowania. Właściciel, mężczyzna po sześćdziesiątce w brązowym fartuchu, obracał w rękach jedną z piętnastu płytek, które przynieśli, i mrużył oczy, jakby szukał w niej podpuchy.
— A jak nie sprzeda się, oddacie pieniądze? — zapytał w końcu, odkładając płytkę na ladę obok wagi pocztowej.
— Oddamy — powiedział Marek, zanim Grzegorz zdążył cokolwiek dodać.
Właściciel wystawił piętnaście sztuk na półce pod ladą, tam gdzie zwykle trzymał tranzystory z reklamacji. Grzegorz wracał na plac Grunwaldzki jeszcze dwa razy w tym samym tygodniu — niby po sprawach, ale tak naprawdę po to, żeby zerknąć przez szybę, czy półka jest pełna, czy pusta.
Po trzech tygodniach wszedł do sklepu i półki nie było widać, bo stał przed nią sam właściciel, z rękami skrzyżowanymi na fartuchu.
— Panie Duda — powiedział, zanim Grzegorz zdążył się przywitać — ja bym wziął jeszcze trzydzieści.
Nie było wtedy żadnej wielkiej firmy. Nie było biura, tylko garaż i pokój w mieszkaniu Marka. Była płytka, dwóch mężczyzn po trzydziestce i zamówienie na trzydzieści sztuk zapisane ołówkiem na odwrocie rachunku za prąd.
Warsztat na Kamieńskiego rósł powoli, po jednym stole roboczym na raz. Marek jeździł do Poznania na Targi Krajowe z walizką pełną płytek owiniętych w gazety, żeby się nie porysowały w pociągu. Grzegorz uczył pierwszych trzech zatrudnionych chłopaków lutować tak, żeby cyna nie robiła kulek. W połowie lat dziewięćdziesiątych do drzwi garażu, w którym już dawno nie mieściła się cała produkcja, zapukali ludzie z dużego koncernu komputerowego z propozycją licencji — ale to był już zupełnie inny dzień, inne ubranie i inne pieniądze niż te czterysta pięćdziesiąt tysięcy starych złotych sprzed lat.
Grzegorz usłyszał „nie” pięć razy. Za szóstym razem już nikogo nie pytał o zgodę.
Dwadzieścia osiem lat później, w dwa tysiące jedenastym, dyrektor techniczny Elektromontu — już dawno na emeryturze, mieszkający w tym samym bloku przy Kamieńskiego, dwa piętra niżej niż kiedyś Grzegorz — zadzwonił do niego z prośbą. Jego wnuk chciał studiować informatykę i potrzebował polecenia na staż. Grzegorz wysłuchał, zapisał numer telefonu na kartce leżącej obok klawiatury laptopa, i powiedział tylko:
— Niech przyjdzie w poniedziałek o dziesiątej. Porozmawiamy.
Nie przypomniał starcowi o pięciu odmowach. Nie musiał. Kartka z numerem leżała na biurku jeszcze przez tydzień, aż w końcu Grzegorz wrzucił ją do szuflady, gdzie trzymał stare, zapisane niebieskim długopisem notatki z tamtego garażu.







