Żyję na tym świecie już pięćdziesiąt cztery lata, więc mam już doświadczenie, ale zdarzenie sprzed kilku lat sprawiło, że zwątpiłam w świat i ludzi. W tym roku obchodziliśmy z mężem trzydziestą rocznicę ślubu i przez cały okres naszego małżeństwa mieszkaliśmy w wynajmowanych mieszkaniach. Mieliśmy kiedyś kawalerkę, ale musieliśmy ją sprzedać, aby wspomóc finansowo mojego teścia, który wówczas chorował na raka i leczenie było bardzo drogie. Nasze dzieci były już dorosłe. Każde wyjechało do innego miasta na studia i do pracy, miały swoje życie.
Moja mama kilka lat temu dostała wylewu. Gdy wróciła do domu ze szpitala, opiekowałam się nią, pielęgnowałam, zatrudniłam nawet pielęgniarkę, aby mama miała najlepszą opiekę i żeby szybko wróciła do pełnej sprawności. Dzieliłam swój czas między męża, moją mamę i pracę, więc nie mogłam zajmować się nią dwadzieścia cztery godziny na dobę. Pielęgniarka wspaniale opiekowała się mamą. Jej pensja wynosiła wysokość emerytury matki, więc dogadałyśmy się, że na czas rekonwalescencji moja mama będzie przekazywać swoje pieniądze opiekunce. Byłam zadowolona, że moja rodzicielka ma fachową pomoc, mimo, że sporo ona kosztowała.
Nie było żadnych konfliktów z moją matką. Nie obraziła się i zaakceptowała moją decyzję. Oprócz pielęgniarki, której mama oddawała całą emeryturę, ja musiałam ze swojej pensji opłacać jej mieszkanie, czynsz, media i kupować lekarstwa, więc pracowałam więcej, brałam dodatkowe zlecenia w pracy.
Kiedy stan mojej matki się pogorszył, razem z mężem zamieszkaliśmy z nią. Ani na chwilę nie opuściliśmy jej łóżka.
Po śmierci mamy zadzwonił do nas prawnik. Gdy poszłam na spotkanie, dowiedziałam się, że zostawiła cały spadek pielęgniarce. Ta miła, życzliwa kobieta, która była moim wybawieniem, która o nic nie prosiła i nigdy nie narzekała, , wyprała matce mózg i przekonała ją do zapisania jej całego majątku. Byłam taka głupia, że zaufałam obcej osobie. Mówi się, że mądry Polak po szkodzie i tak jest, ale to nie zwróci mi mieszkania mojej mamy, które należało się mnie.







